Kiedy w sierpniu ubiegłego roku ukazała się polska edycja gry „List Miłosny„, wydanej przez Wydawnictwo Bard, przeszedłem koło niej obojętnie. Nie chciałem wierzyć graczom i recenzentom, którzy zachwycali się tą małą karcianką. Podejrzewałem, że to kolejna gra imprezowa, a że za tym typem planszówek nie przepadam, nie miałem zamiaru poszukiwać okazji do jej wypróbowania. Nie przekonywał mnie także fakt, że jej autorem jest Seiji Kanai, który stworzył mechanikę wykorzystaną w grze Clash: Jihad vs McWorld, grze dwuosobowej która sobie bardzo cenie. Ale w końcu nadarzyła się okazja, by zagrać. Z racji, że będąc gościem, nietaktem byłoby odmówić rozgrywki, rozegrałem partie…. a potem szybko udałem się do sklepu by nabyć własny egzemplarz.

Minimalizm

Kamrat Pirat Cristobal, recenzował już wcześniej angielską wersję gry, noszącą tytuł Love Letter, dlatego nie będę się specjalnie skupiał nad kwestią wykonania. Z recenzenckiego obowiązku chciałbym wspomnieć tylko, że polska wersja, nie zawiera płóciennego woreczka i znaczników. Karty otrzymujemy w niewielkim pudełku, które bez problemu zmieścimy nawet w niewielkiej, kobiecej torebce. Zdobywane punkty przyjdzie nam zaznaczać czymkolwiek co mamy pod ręką, lub po prostu pamiętać, kto ile listów dostarczył.

Minimalizm, który sprawił, że na list Miłosny patrzyłem z dużą dawką sceptycyzmu, obecnie uważam za wielką zaletę gry. Minimalna liczba kart, minimalna liczba zasad, malutkie pudełko, które sprawia, że grę możemy zabrać wszędzie ze sobą. To duże atuty. Jednak to nie wystarczy, by pozytywnie ocenić grę….

Epistolografia w praktyce

W dobie e-maili, smsów, facebooka, często zapominamy jak przyjemnym był moment otwierania skrzynki i wyciągania z niej listów. Jeszcze kilka, kilkanaście lat temu, adresatami ich nie były centra handlowe, dyskonty, operatorzy telefonii komórkowej… Była to rzecz na którą się czekało.

Seiji Kanai fabularną otoczkę mechaniki buduje właśnie wokół pisania i dostarczania listów. Smutna księżniczka i my, zalotnicy, którzy chcą ją pocieszyć i zdobyć jej serce. A, że żal w jej sercu, po aresztowaniu królowej, jest tak wielki, że postanowiła zamknąć się w pałacu, nasz list musimy dostarczyć przez pośredników….

Jakkolwiek nie starałbym się opisać rysu fabularnego wydaje się on bardzo kiczowaty. Na szczęście w czasie rozgrywki nie będzie nam to przeszkadzać. Gracze szybko zaczynają angażować się w intrygi, a klimat gry, dzięki bardzo ładnym grafikom na kartach i prostej mechanice jest on wyraźnie odczuwalny.

Skoro już wspominam o mechanice, muszę zaznaczyć, że jest ona….. doskonale zepsuta!

Doskonale zepsuta mechanika

Mechanika gry jest banalnie prosta. Dociągamy kartę i spośród dwóch na ręku wybieramy jedną, zagrywamy i wprowadzamy jej efekt. Banalnie proste. Z racji, że każda postać ma przypisane inne zadanie i znamy liczbę występujących kart danego typu, przeplatają się tutaj bleff i dedukcja. Obserwując zagrane karty, próbujemy odgadnąć kto ma jaką kartę, kogo możemy wyeliminować. I zdarza się, że do eliminacji dochodzi, zanim jeszcze zagramy kartę.

Tak było podczas pierwszej rozgrywki, gdzie w wyniku działania innych kart, m.in. Strażniczki, bodaj 3 rundy pod rząd odpadałem z gry, zanim zdążyłem zagrać jakąkolwiek kartę. Choć może wydawać się to frustrujące, to jednak biorąc pod uwagę czas jednej rundy, zamiast irytacji, wywoływało to przy stole salwy śmiechu.

Jest to dowód na to, że List Miłosny, gdy patrzymy na jego mechanikę z punktu widzenia teorii gier, jest grą zepsutą. Zdarza się, że nie mamy w ogóle wpływu na to, że przegrywamy. Jest to także dowód na to, że teoria to nie wszystko. Gry mają charakter ludyczny. Mają dostarczać nam rozgrywki. A List Miłosny idealnie wypełnia tą potrzebę.

Pewnie niejeden autor gier i niejeden teoretyk z dużym zażenowaniem patrzy, jak gracze zachwycają się grą, ukazują się coraz to nowe wydania i nominacje do wielu nagród. Przyznaje, jest to pewien ewenement na rynku gier. Dopóki nie zagrałem, sam tego zjawiska nie rozumiałem. Dziś już na szczęście wiem, że tej grze warto dać szansę. W tym małym pudełku dostajemy bardzo dobry filler dla 2-4 osób, w który możemy zagrać zarówno w barze przy piwie, na spotkaniu z przyjaciółmi czy rodzinnym przyjęciu gdy do gry zasiadają gracze w różnym wieku.

A co ze świadomością tego, że gra jest „zepsuta”? Cóż… chciałbym, aby wiele tytułów, które mechanicznie wydają się bardzo dobre, dawały tyle przyjemności co List Miłosny.

  • Po tytule recenzji spodziewałem się raczej totalnej kaszany a tu taka miła niespodzianka 😉 Przewrotny tytuł posta 😉 a jak prezentuje się re-grywalność ?

  • UncleLion

    Jeżeli chodzi o regrywalnosć, nie narzekam. Na pewno nie da się w nią grać cały wieczór. Jednak jako niezobowiązujący tytuł podczas spotkań, w celu rozluźnienia atmosfery nadaje się świetnie.

  • hanabi

    Dobra gra. Rozgrywka zawsze interesująca, choć przyznam że na początku odstręczał mnie tytuł. 6/10