Kolejnym tytułem, który trafił w ręce studentów specjalności Gamedec – badanie i projektowanie gier jest gra wydawnictwa Egmont pt. Apacze i Komancze (Bison: Thunder on the Prairie), autorstwa uznanego w planszówkowym świecie duetu Wolfganga Kramera i Michaela Kieslinga. Czy Apacze i Komancze będą równie pozytywnie ocenieni jak recenzowany inny tytuł tych autorów Tikal? O tym przekonamy się już niebawem. Tymczasem Konrad Cholewa dzieli się z nami pierwszymi wrażeniami z rozgrywek.

Wykonanie elementów

Gra Apacze i Komancze zamknięta jest w dużym kwadratowym pudle, na którym widnieją barwne grafiki. Jakość samego opakowania nie budzi zastrzeżeń. Wykonane jest z grubego, sztywnego materiału (sadząc po zapachu jest zrobiony z ekologicznie przetworzonego i utwardzonego papieru), który (w moim mniemaniu) pokryty jest substancją chroniącą przez wszelkimi uszkodzeniami, zarysowaniami i innymi urazami mechanicznymi (wyglądającą jak sitodruk). Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że gra spoczywa w swojego rodzaju czołgu, który naprawdę ciężko zniszczyć.

Kiedy zajrzymy do wnętrza pudełka, na samym początku naszym oczom ukaże ośmiostronicowa instrukcja. Jest wykonana ze śliskiego papieru, a jej czytelność nie budzi zastrzeżeń. Ciekawe jest to, iż instrukcja nie posiada strony startowej, czyli tak zwanej okładki. Pierwsza strona od razu przybliża nam ilość oraz znaczenie poszczególnych elementów. W pudełku znajdują się również cztery plansze graczy. Są one wykonane z dosyć grubej tektury, co pozwala jedynie na minimalne wygięcia. Grafika na planszach nie powala swoją jakością, lecz jest czytelna. Dokładnie oddzielone są od siebie poszczególne segmenty, czy też same pola pełniące te samą funkcję (np. pola ilości posiadanych zwierząt).

Następnymi elementami znajdującymi się w pudełku są kafelki terenu, nazwane po prostu przez instrukcję „kafelkami”. Ich wykonanie jest bardzo dobre. Materiał z którego są wykonane jest bardzo twardy i nie ulega wygięciu, nawet kiedy nasze ręce uprą się by przetestować twardość bardziej niż zwykle. To, co osobiście mnie zaskoczyło to ich niecodzienny kształt (przypominają wyglądem trójkąt równoboczny, któremu obcięto i zeszlifowano końce, a jego boki odrysowano od szklanki). Sama grafika jest czytelna i nie budzi zastrzeżeń.

Ostatnimi elementami są kwadratowe, kolorowe drewniane kostki pełniące funkcję znaczników (surowców, akcji czy też samych Indian) oraz tekturowe znaczniki tipi, łódek oraz totemu, oznaczającego gracza startowego. Ich wykonanie jest identyczne, jak poprzednich elementów.

Wrażenia z rozgrywki

Początkowo Apacze i Komancze sprawiły wrażenie gry trudnej, w której zasady są dosyć skomplikowane. Po szybkim zagłębieniu się w każdy zakamarek instrukcji, gra okazała się dosyć łatwym i przyjemnym tytułem. Nie rzucamy jednak w niej do siebie dzidami, czy też strzelamy z łuku jak sugeruje pudełkowa grafika, lecz zbieramy zwierzęta, budujemy tipi lub czółna i przemieszczamy Indian tak, aby na koniec zdobyć jak najwięcej punktów. Pierwsza myśl ? Carcassonne, w którego dane mi było grać jedynie w opowieściach ludzi, którzy mieli z nim styczność, czy też Youtubowych filmikach. Rozgrywka toczy się płynnie, każdy wykonuje jedną akcję w swojej turze, po czym oznacza ją na planszy gracza. Wszystko ładnie, przyjemnie i chciałoby się powiedzieć monotonnie, lecz to słowo kompletnie tu nie pasuje. Każdy nasz ruch ma wielkie znaczenie. To czy przyłączymy kafelek z jednej lub drugiej strony może wpłynąć na to ile konkretnie uzyskamy surowców. Powołując się na rozgrywkę, którą przeprowadziłem z kolegami, mogę powiedzieć, iż zwykły ruch Indianami na pole w którym jest dużo surowców (w naszym przypadku były to bizony) i gdzie już jeden z graczy ma swoje tipi (i to nawet jedno dwuosobowe i drugie cztero!) może przynieść nam bardzo dużo surowców, gdyż w przypadku 8 bizonów, zajmując drugie miejsce otrzymamy ich 4. A wystarczyło ruszyć się jednym lub dwoma Indianami na pole.

W moim odczuciu, Apacze i Komancze prezentują się dobrze pod względem elementów, jak i samej rozgrywki. Uważam jednak, iż trzeba zagrać w tę grę, aby samemu móc ją ocenić. Moją dokładną, subiektywną opinię zachowam na ten moment dla siebie. Nasuwa mi się jednak jedno pytanie, które dręczy mnie od samego początku. Gdzie Ci Apacze i Komancze, skoro wszyscy poruszają się Indianami?

Tekst powstał dzięki współpracy Przystanku Planszówka ze studentami specjalności Gamedec – badanie i projektowanie gier.

Dziękujemy Wydawnictwu Egmont za przekazanie gry do recenzji

Kraina z kreska2