Rozwijanie własnej cywilizacji, nabywanie dóbr, budowanie monumentów brzmi naprawdę kusząco! Z taką właśnie ciekawością przystąpiłam do pierwszej rozgrywki Roll Through the Ages: The Bronze Age. Po samym pudełku gra nie wyglądała na fascynującą, a grafika powodowała jednoznaczną reakcję: „eee pewnie znowu coś nudnego”. Ale to tylko złudzenie…

Razem ze znajomymi usiedliśmy przy stole, wyjęliśmy grę i zaczęliśmy rywalizować o to, kto zbierze najwięcej punktów, aby wygrać. Bardzo spodobały mi się drewniane tabliczki oraz kości. Wpasowały się w klimat sprzed tysiącleci. Jednak doczepiane znaczniki pokazujące liczbę surowców na tabliczkach sprawiały mały kłopot przy starcie, ponieważ dwa z nich są prawie identycznego koloru. Od razu pomyślałam, że daltoniści mieliby lekki problem z odróżnianiem, ale to tylko sprawy kosmetyczne. Niektóre otwory na tabliczkach były dość wąskie, by zmieścić cały znacznik. Dostaliśmy również po kartce, na której później oznaczaliśmy swoje osiągnięcia bądź straty. Więcej elementów nie było. Kartka sprawiała wrażenie rozbudowanej karty postaci do RPG z mnóstwem informacji oraz skomplikowanych obliczeń, ale nie było tak strasznie. W końcu turlamy kośćmi i podejmujemy decyzje w jaki sposób rozwijamy swoje imperium. That’s all!

Następnie sięgnęliśmy po instrukcję. Na pierwszy rzut oka każdy z nas nie wiedział za co się zabrać. Kiedy doszło do czytania zasad zaczęła się walka o ich zrozumienie. To dlatego, że trafiliśmy na przetłumaczoną wersję instrukcji, która ma w sobie drobne nieścisłości (oryginalnie gra jest wydana tylko w języku angielskim). Czytanie sprawiało, że zamieniłam się w dukającego litery szympansa. Wielu rzeczy nie wiedzieliśmy np. tego co zrobić, jeżeli po zakupie danej technologii zostaną nam resztki monet, które mamy przydzielić do wartości surowców? Gdyby nie pomoc internetowa zatrzymalibyśmy się na odgadywaniu reguł gry.

Pod koniec gry rozczarowałam się tym, że najwięcej punktów nie dostaje się za surowce, technologie, tylko za budowanie monumentów. Mogłabym tworzyć maksymalną liczbę miast, pakować do tych siedmiu technologii, a nie mieć wybudowanej jako pierwszej Wielkiej Piramidy bądź Wielkiego Muru i 20 punktów, by przepadło. Sam przebieg gry był przyjemny, a jak na tak mało skomplikowaną mechanikę, gra dawała wiele możliwości do wyboru. Losowość losowością, ale mimo turlania kośćmi z ikonami to miało się jakiś wybór co do czego przydzielić i dużo zależało od gracza. Po pierwszej skończonej rozgrywce przystąpiliśmy do kolejnej, którą za drugim razem operowaliśmy bezproblemowo. Z chęcią w wolnym czasie zajrzę do tej gry ponownie.

Jedyne czego mi zabrakło to większej interakcji podczas grania. Nie mogłam nikomu przeszkodzić podczas indywidualnego rozwijania cywilizacji. Ewentualnie podczas puszczenia zarazy, kiedy to wszyscy gracze zostają draśnięci trzema katastrofami, czyli minusowymi punktami. Duże skupienie wyłącznie na sobie i komponentach. Każdy robił swoje, po czym kontynuował kolejną turę nie wpływając za bardzo na pozostałych graczy.

Tekst powstał dzięki współpracy Przystanku Planszówka ze studentami specjalności Gamedec – badanie i projektowanie gier.