Ha, Anne Bonny, nie wiesz, że kobieta na statku to nieszczęście?! Diabli balast! – usłyszałam męski, ochrypły głos, gdy wchodziłam na pokład. Spojrzałam z politowaniem. No tak. Samuel Bellamy, Olivier Levasseur i Edward Drummond – „Czarnobrody” we własnej osobie. „Jeszcze zobaczymy” – pomyślałam, uśmiechając się pod nosem. Nie pierwszy raz słyszałam takie epitety. I patrząc na te butne miny byłam pewna, że po raz kolejny udowodnię, jak bardzo się mylą.

Gdy tylko dowiedziałam się, że Henry Morgan (dawny pirat, więc hmmm… człowiek godny zaufania) gubernator Jamajki organizuje Wielki Wyścig – regaty wokół wyspy – od razu wiedziałam, że nie może mnie tam zabraknąć. Najwyraźniej nie ja jedna. Na starcie wyścigu w Port Royal cztery okręty. Ech… Mogło być mniej – jednego przeciwnika zmiotłabym z zamkniętymi oczami… Ale mogło być nawet sześcioro. Nie jest źle.

Jamajka / fot. Przystanek Planszówka
Jamajka / fot. Przystanek Planszówka

Moja załoga jest już gotowa. W jednej ładowni brzęczą dublony. Do drugiej załadowaliśmy prowiant (oby te łachudry nie musiały dużo jeść…) Pozostałe trzy ładownie tylko czekają na te niezliczone dublony, które zdobędziemy podczas wyścigu.

Spojrzałam przed siebie. Morze było spokojne. Powoli wciągnęłam w nozdrza słone powietrze. Mój cel jest prosty. Opłynąć Jamajkę. Wykarmić załogę. Walczyć. Kraść złoto i skarby, licząc, że nie będą przeklęte i wygrać. Zatem…

Baczność załoga! Bandera na maszt!

Można by pomyśleć, że piraci wolą zatapiać okręty, plądrować, rabować złoto, zabijać, ale nie… Ci piraci chcą się po prostu ścigać. Ścigać i zbierać ułożone na trasie wyścigu złoto. Wiadomo. Ale bycie najszybszym to w Wielkim Wyścigu za mało. W końcu mowa o krwawych korsarzach! Po drodze będzie się więc sporo działo – będą strzelać do rywali, kraść im złoto i skarby, żywność oraz proch. Bo w tym nieco pokrętnym wyścigu nie chodzi o bycie najszybszym, ale o to, by się obłowić najlepiej ze wszystkich.

Jamajka / fot. Przystanek Planszówka
Jamajka / fot. Przystanek Planszówka

Podnieść kotwicę!

Jamaica to gra, którą zaprojektowało wspaniałe francuskie trio: Malcolm Braff, Bruno Cathali i Sébastien Pauchon, opublikowało wydawnictwo Game Works a w polskiej wersji językowej pojawiła się dzięki REBEL.pl. Nie mówi jednak ani o bogatej kulturze narodu jamajskiego, ani o osiągnięciach sportowych. Gracze (2-6) wcielą się w kapitanów statków, które będą opływać Jamajkę. Start i meta wyścigu znajduje się w Port Royal.

Cała naprzód!

Co rundę każdy kolejny gracz stanie się kapitanem, otrzyma kompas oraz najistotniejsze zadanie – rzut dwiema kośćmi i możliwość wyboru ich ułożenia w skrzyni nawigatora na planszy. Pierwsza kość symbolizuje akcję poranną, druga – akcję wieczorną.

Gracze dysponują stosami identycznych kart akcji, jednak po dokładnym ich przetasowaniu każdy losuje jedynie trzy i z nich – już po rzucie kośćmi przez kapitana – wybiera jedną, którą zagra w danej rundzie. Na kartach widnieją symbole akcji: po lewej stronie poranna, po prawej – wieczorna.

Do dyspozycji gracze mają pięć rodzajów akcji:

  • ruch statkiem w przód;
  • ruch statkiem w tył;
  • załadunek złotych dublonów;
  • załadunek prowiantu;
  • załadunek prochu.

Akcje zawsze są powiązane z kośćmi akcji ze skrzyni nawigatora. Przykładowo jeśli gracz wybrał kartę z symbolem załadunku, ładuje tyle towaru, ile oczek widnieje na kości. Co ważne – ładuje wyłącznie do pustej ładowni. Jeśli był mało przezorny i nie dysponuje już wolną ładownią, zmuszony jest jeden z załadunków wyrzucić do morza (banku), przy czym nie może pozbyć się towaru, który właśnie ładuje.

Jamajka / fot. Przystanek Planszówka
Jamajka / fot. Przystanek Planszówka

Gdy na karcie widnieje symbol ruchu, gracz porusza swój okręt o tyle pól, ile wskazuje dana kość akcji i opłaca ewentualny koszt – w złocie bądź prowiancie. Jeśli nie może tego zrobić, cofa się na najbliższe pole, które jest w stanie opłacić. Jeśli jednak dopłynął na pole, na którym akurat stoi inny okręt, następuje bitwa morska. Tu w ruch pójdzie rzecz jasna proch a także kość walki. Zwycięzca bitwy napada statek i łupi jedną z ładowni.

Po drodze piraci zbierają również skarby. Może to być złoto czy zdolności specjalne (na przykład dodatkowa ładownia), jednak skarby mogą okazać się przeklęte i wpłynąć ujemnie na ostateczną punktację. Ponieważ skarby (prócz tych zawierających zdolności specjalne) gracz trzyma w tajemnicy, pozostaje mieć nadzieję, że któryś z pozostałych piratów połasi się nań i podczas rabunku odbierze właśnie ów przeklęty skarb.

Kapitanie! Meta na horyzoncie!

Gdy tylko pierwszy statek przepłynie linię mety w Port Royal, gra dobiega końca. Pozostali gracze dogrywają jeszcze swoje ruchy i następuje podliczenie punktów. Trzeba uważać, by nie zakończyć gry zbyt daleko od mety, bo choć jej przekroczenie nie jest warunkiem zwycięstwa, to im dalej od Port Royal, tym więcej punktów ujemnych.

Wygrywa gracz, który rzecz jasna zdobył najwięcej punktów.

Jamajka / fot. Przystanek Planszówka
Jamajka / fot. Przystanek Planszówka

W Jamajkę graliśmy we czwórkę. Wydaje mi się jednak, że gra skaluje się dobrze na każdą liczbę graczy. Myślę, że nawet przy sześciu Jamaica nie byłaby zbyt chaotyczna ani nie ciągnęłaby się w nieskończoność. Na pewno pojawiłoby się więcej morskich potyczek, co w moim odczuciu jest niewątpliwym plusem, bo dodaje grze – skądinąd momentami nieco monotonnej – animuszu i emocji.

W wersji dla dwóch graczy pojawia się statek widmo, aby zapewnić dodatkowe wyzwania i większą interakcję. Załoga statku widmo może walczyć, wykradać skarby i ładunek. Sam również może zostać zrabowany. Czy to przeszkadza? Zależy prawdopodobnie od tego, jak gracze są nastawieni na fikcyjnych bohaterów.

Jamaica. Jak tu pięknie!

Wszyscy, którzy widzą tę grę po raz pierwszy, reagują niemal identycznie – ależ ona piękna! I trudno temu zaprzeczyć. Wspaniała plansza, śliczne pionki-statki, klimatyczne grafiki. Nawet wypraska jest idealna – wszystkie elementy gry załadowane są tak, że przy największym sztormie nic by się nie pomieszało. Jedyny minus jaki widzę w wizualnej części Jamajki, to bardzo niewygodna instrukcja. Zasady gry zostały przedstawione w formie dużej mapy, na której poszczególne wyspy to różne jej komponenty. I o ile jest ładna i naprawdę czytelna, o tyle jest też bardzo niewygodna w użytkowaniu.

Dla przeciwwagi – bardzo mi się podoba to, iż ułożone w odpowiedni sposób karty akcji tworzą historyjkę obrazkową 🙂

Jamajka / fot. Przystanek Planszówka
Jamajka / fot. Przystanek Planszówka

Czy za pięknym wyglądem idzie równie wspaniała rozgrywka?

I tak, i nie.

Jamaica zdaje się być takim typem gry, który dzieli społeczność graczy. Raczej wszyscy są zgodni co do tego, że wygrywa pod względem grafiki i wykonania. Ale im dalej, tym mętniej… Są tacy, którzy uważają ją za nudną i nie proponującą nic więcej, poza rzutem kością i przesunięciem pionków. Do tego kości, które sprawiają, że cieszyć się rozgrywką można tylko wtedy, gdy dopisuje szczęście… Cóż, ja jestem zdania, że Jamaica to naprawdę dobra propozycja gry, która może połączyć graczy z nie-graczami. To tytuł, w który naprawdę można zagrać z rodzicami, przyjaciółmi, dziećmi (według instrukcji powyżej 8 roku życia) ale i z graczami zwykle sięgającymi po ciężkie pudła (dosłownie i w przenośni), którzy chcąc dać nieco wypocząć swoim mózgom, szukają lekkiej, niezobowiązującej, przyjemnej planszówki na wieczór.

Jeśli szukasz głębokiej strategii, wymagającej wielu przemyśleń, skomplikowanych decyzji czy rozważnego zarządzania – Jamaica to nie to. Ja widzę tę grę raczej jako furtkę dla „niedzielnych graczy” do nauczenia się choć w części myślenia strategicznego połączonego z poddawaniem się losowi. Jeśli więc szukasz gry dla różnych typów graczy, w różnym przedziale wiekowym, lub po prostu chcesz czegoś zabawnego, lekkiego, odprężającego – Jamaica jest dla Ciebie.

***

Cała trójka obejrzała się w moją stronę, gdy Czarnobrody jako pierwszy triumfalnie przekroczył linię mety w Port Royal. Nie mogłam uwierzyć. Wszystko układało się po mojej myśli, wiatr mi sprzyjał! A jednak nie dopłynęłam pierwsza… W moich ładowniach brzęczało złoto. Moja załoga padała z wycieńczenia. Jak to możliwe, że przegrałam?

Jamajka / fot. Przystanek Planszówka
Jamajka / fot. Przystanek Planszówka

Dobiliśmy. Wyszłam na brzeg, na którym jednak nikt nie wiwatował zwycięzcy, nikt nie skandował jego imienia. Gubernator wskazał na mnie palcem. Drgnęłam. W tym momencie tłum oszalał! Unieśli mnie na ramionach, oklaskiwali. Czarnobrody miał może szczęście, ale… do przeklętych skarbów.

Dziękujemy Wydawnictwu REBEL.pl za przekazanie gry do recenzji

Rebe.pl

  • J.

    Czytałam już parę recenzji o tej grze – brzmi prawie, że tak samo dobrze, jak wygląda 🙂 jak dla mnie

    • basmen

      Jeżeli dobrze widzę, to mól książkowy z Ciebie – polecam w takim razie Filary Ziemi i Świat bez końca: bardzo przyjemne i pięknie wykonane gry, które nawiązują do książek Folletta. Nie wiem jak z dostępnością tych tytułów w sklepach, ale jak będziesz miała okazje – spróbuj zagrać 🙂

      • J.

        Pewnie :). Chętnie zagram, jak będę mieć szansę 🙂