Jestem dzieckiem PRL-u. Co prawda widziałem jego końcówkę, ale i tak dało się zasmakować tamtego systemu. Regularnie biegałem do kiosku po „Świat Młodych”, piłem oranżadę z woreczka lub saturatora, żułem na umór gumę „Donald” i oczywiści czekałem na paczki od rodziny z zagranicy, bo w kraju na pułkach sklepowych był ocet i musztarda.

Radość dzieciństwa

My wychowani w tamtej epoce szukaliśmy również rozrywki. Komputer mało kto posiadał – i całe szczęście, więc sięgaliśmy po to, co było dostępne na rynku m.in. planszówki wydawane przez Sferę i Encore i praprzodkowie rpgów czyli paragrafówki.

Rycerze Pustkowi / fot. Przystanek Planszówka

Kiedy pierwszy raz spojrzałem na pudełko Rycerzy Pustkowi doznałem comebacku do czasu dzieciństwa. Od razu przypomniały mi się gry paragrafowe z cyklu Wojownik Autostrady, w które namiętnie się zagrywało. Przypomniały mi się też czasy, kiedy z wypiekami oglądałem całą serię Mad Maxa w telewizji. Oprócz tego klimat samej gry przypomina mi realia tamtego okresu, kiedy żyliśmy w strachu przed atomową wojną między mocarstwami, a co za tym idzie światem post nuklearnym który mógłby nastąpić.

Pierwsza rzecz, która mnie przywiodła do tego tytułu to to, że jest to nasze rodzime – zrobili to Polacy. Ekipa z Badger’s Nest włożyła masę czasu i pracy, żeby w detalach dopracować finalny produkt. Jak przystało na dzisiejsze realia, początki gry były na portalach crowdfundingowych. Udało się, znaleźli się wspierający i tytuł ujrzał światło dzienne.

Rycerze Pustkowi / fot. Przystanek Planszówka

Widok po zagładzie

Zacznijmy od unboxingu, bo paczka gdy ją otrzymałem była dość ciężka jak na wielkość pudełka. W środku znajduje się kilka wyprasek z żetonami i elementami planszy. Mamy też karty postaci, kilka rodzajów talii do gry w dwóch wielkościach. Graficznie jest bajecznie, wszystko jest dopracowane i dopieszczone. Rysunki postaci są bardzo ładne – chłopacy nie szczędzili funduszy na dobrego grafika. Początkowo można się lekko pogubić w liczbie elementów, jednak gdy sobie je odpowiednio podzielimy i sprawdzimy w instrukcji co jest czym to od razu robi się jaśniej. Plansza jest dość ciekawa, aczkolwiek podobny schemat już widzieliśmy w „Osadnikach z Catanu”. Plansza składa się z generycznie układanych kafelków sześciokątnych. Same kafle są wykonane na dobrej i grubej tekturze z równie ładnymi grafikami i przedstawiają pustkowia, różne lokacje, zniszczone miasta.

Rycerze Pustkowi / fot. Przystanek Planszówka

Kolejna rzecz która przypadła mi do gustu to postacie. Tu również panowie puścili wodze wyobraźni i pokazali swoje poczucie humoru. Bohaterowie to jedni z bardziej znanych Australijczyków – głównie aktorów, których nazwiska przekręcono. Mamy tu Mela Gearsona który wygląda jak Mad Max. Możemy zagrać Hugh Jackalem, Nicole Killman, Russelem Crownem, Kate Blanksheet oraz wielu innych. Brawo za dowcip. Każda postać oprócz swojej karty i pionka posiada licznik punktów życia oraz zasobów. Jedyne do czego mógłbym się przyczepić to szkoda, że karta postaci nie została wykonana z takiej samej grubej tektury jak licznik, ponieważ oba elementy łączy się razem i wygląda to dość dziwnie. Karty to oczywiście zdarzenia, które nas spotkają, a także sprzęt oraz dodatkowe zlecenia, które możemy wykonywać.

Rycerze Pustkowi / fot. Przystanek Planszówka
Rycerze Pustkowi / fot. Przystanek Planszówka

Mamy też instrukcję napisaną w języku polskim oraz książkę misji. No właśnie instrukcja, ehhh jakoś ciężko było mi przez nią przebrnąć. Niby fajnie bo wszystko wytłumaczone jest jak Abel krowie i nie trzeba się domyślać co to jest radiacja tylko mamy pokazany jej symbol i już wiemy jaki żeton należy pobrać, czy też jaki należy ściągnąć, ale miałem wrażenie że panuje tu trochę chaos. Może wynika to z faktu, że jest tu dużo kolorowych elementów które rozpraszają. Przydałby się w tym wszystkim skorowidz ze słowami kluczowymi i odniesieniem do stron. Księga Misji to dość fajne narzędzie, które wprowadza nas w świat postapo i pokazuje różne rodzaje rozgrywki. Uwaga. Pomimo że gra zawiera tylko kilka misji to jest dość mocno regrywalna.

Pył w płucach, czyli, jak przetrwać na pustkowiach

Akcja gry dzieje się w Australii, która jako jeden z niewielu miejsc nadaje się po wojnie nuklearnej do zamieszkania. Dość to dziwne, ponieważ obecnie to właśnie ten kontynent uważany jest za najbardziej śmiercionośny, tam woda czy nawet zwykły owad mogą Cię zabić.

Rycerze Pustkowi / fot. Przystanek Planszówka

W początkowej fazie ułożenie wszystkich elementów może nastręczać sporo problemu. Poukładanie określonych talii, kafelków, żetonów zajmuje trochę czasu. Proponuję, aby w tym czasie pozostali gracze włączyli sobie najnowszą odsłonę Mad Maxa, albo mogą chwilkę pograć w Stalkera, po to żeby wczuć się klimat. Gdy już mamy całość rozłożone to wybieramy scenariusz wraz z rozlokowaniem kafelków planszy. Zaczynamy wszyscy w centrum. Każdy z graczy dysponuje pojazdem, a wiadomo, że woda i petrol to dwa zasoby, które w świecie ponuklearnym są na wagę złota. Jest oczywiście dla nas oficjalne zadanie do wykonania, ale możemy również w poszczególnych lokacjach podejmować zlecenia, które przyniosą nam jakieś profity, chwałę, przedmioty. Poruszanie się po kafelkach to oczywiście zużywanie drogocennej ropy i narażanie się na radioaktywność, która może nas wysłać do Elizjum. Akcje wykonujemy po kolei. Każdy gracz się porusza i za każdy przebyty obszar pobierana jest odpowiednia karta zdarzenia. Nie rozpatrujemy ich jednak wszystkich. Robi to za nas przeciwnik który pełni tu troszkę rolę mistrza gry i nazywany jest Padliniarzem. Wciela się w niego kolejny gracz. To on może dołożyć nam bardzo trudną kartę do pokonania lub też potraktować nas w sposób łagodny. Zaczynamy oczywiście z podstawowym sprzętem, który jest indywidualny dla każdego gracza. W każdej większej metropolii możemy spróbować handlu i wymienić się na coś lepszego. Możemy też przyjąć zlecenie, aby zarobić na przetrwanie w brutalnym świecie. Przetrwać jest co, bo zdarzeń jest bez liku. Każde oczywiście zdajemy w oparciu o współczynniki które mamy na karcie. Nikt nie jest specem od wszystkiego. Każda postać ma swoje dobre i słabe strony. Super, bo daje to szanse każdej postaci, aby zrealizować postawiony cel.

Krzyk zaszczutego wojownika!

Jak na postapokaliptyczny świat przystało, przyjdzie nam zetrzeć się z innymi ludźmi, potworami, którzy również chcą za wszelką cenę dotrwać do następnego dnia. Walka z nimi jest dość ciekawa. W zależności jaką posiadamy broń i jej zasięg możemy próbować trzymać wroga na odległość lub doprowadzić do konfrontacji. Wynik walki również jest przedstawiany na polu przewagi w formie balansu siły. Podobny system punktacji zwycięstwa zaobserwowałem w grze Sztuka Walki. Moim skromnym zdaniem zasady walki troszkę niepotrzebnie zostały skomplikowane. Jeżeli gramy większą paczką to pozostali najzwyczajniej się nudzą czekając na swoją kolej. Troszkę prostsze zasady i byłby ideał.

Wydawca postarał się o jeszcze jedne smaczek. W wersji kolekcjonerskiej można było dokupić grę z figurkami, które stawiamy na planszy zamiast pionków postaci. Ładnie i ze smakiem. Widać, że chciano dopieścić gracza.

Sama rozgrywka jest dość długa. Przygotujmy się na minimum  dwie godziny rozgrywki, gdzie wsiąkniemy w otaczający nas świat. Jeżeli jesteśmy fanem Mad Maxa, Stalkera, czy też Wodnego Świata to ten tytuł jest must have. Tak samo tyczy się również tych graczy, którzy uwielbiają gry z masą negatywnej interakcji. W pozostałych przypadkach warto mieć ten tytuł na uwadze ale przedtem warto dla klimatu odpalić Fallouta i posłuchać że „Wojna nigdy się nie zmienia”.

Rycerze Pustkowi / fot. Przystanek Planszówka

Blask świata po upadku

Czas na podsumowanie. Gra zadała mi sporego ćwieka niczym radskorpion. Uwielbiam gry długie z dużą domieszką rywalizacji i dokopywania współgraczom. Lubię te tytuły, które są pięknie wydane i swoją szatą graficzną onieśmielają. Zachwyca mnie losowość w grach, szczególnie oparta na kartach. Te wszystkie elementy spełniają Rycerze Pustkowi. Nie mniej mam jakiś podświadomy podszept, że czegoś mi tu brakuje. Jakiegoś drobnego elementu, który jeszcze wzbogaciłby rozgrywkę. Wybaczyłem wydawcom instrukcję oraz mechanikę walki, która niepotrzebnie komplikuje i wydłuża rozgrywkę. Moim zdaniem dobra 8 to nota dla tego tytułu. Trzymam kciuki za chłopaków z borsuczej nory, aby wydawali kolejne tytuły. Fajnie bo w końcu możemy się poszczycić, że to nasze – polskie.

Dziękujemy Wydawnictwu  Badger’s Nest 

Badgers nest logo

za przekazanie gry do recenzji

PRZEGLĄD RECENZJI
Ocena
8
UDOSTĘPNIJ
Poprzedni artykułAudycja Przystanek Planszówka – odcinek 16
Następny artykułOrigins ogłosiło zwycięzców!
Lekkoduch o politologicznym zacięciu wymieszany z marketingiem i wstrząśnięty fotograficznie. Szkoły ukończył, studia ukończył, żona na stanie, kredyt na stanie, etat na stanie. Stabilny życiowo i emocjonalnie. Oto cały Ja
  • Paweł Szewc

    Dzięki za reckę i cenne uwagi. Za instrukcję bijemy się w pierś. Hmm. Planowaliśmy jeszcze trochę rozbudować walkę.

    • Arashi Nagase

      bez erraty i filmów na youtube, nie dało się przebrnąć, ale było warto sie przemeczyc

    • Jeśli plan był na jeszcze bardziej zawiłą walkę, to już nie byłby krzyk zaszczutego wojownika, a lament baranka 😛