Otwierając pudełko liczyłem na grę, która w jakiś konkretny sposób nawiąże do tytułowych ptaków. To byłoby całkiem ciekawe, w szczególności, że nie przypominam sobie innego tytułu o takiej tematyce. I wiecie co, pelikany pojawiły się w grze. Ale w tak marginalnej formie, że aż ornitolodzy grający w Zatokę zaczęliby płakać. Sam zresztą dalej jestem zdziwiony, że zwierzaki którymi sygnowana jest gra są prawie w niej bez znaczenia. Dlaczego? O tym dowiecie się niedługo.

Co do gry mam dla was dwie wiadomości. Pierwszą jest taka, że nieważne jak bardzo wasza rodzina jest niekumata w dziedzinie planszowej rozrywki i tak nauczycie ich tej gry. Drugą informację serwuje wam po rozegraniu wielu partii. Jeśli lubicie sprawdzone rozwiązania, poczujecie się jak w domu.

Zatoka Pelikanów / fot. Przystanek Planszówka
Zatoka Pelikanów / fot. Przystanek Planszówka

Co w piasku piszczy?

Na samym wstępie ostrzegłem was, że gra korzysta ze sprawdzonych rozwiązań. Podąża ona szlakiem większego kuzyna (bo wszystkie planszówki to jakaś rodzina) Carcassonne. W obu grach dostajemy pełno płytek i karteczki, byśmy mieli na czym spisywać swoje punkty. W obu grach naszym zadaniem jest budować z kafelków tereny, za które dostajemy punkty. W obu grach wygrywa ten, co zbierze na koniec więcej punktów.

Zatoka Pelikanów / fot. Przystanek Planszówka
Zatoka Pelikanów / fot. Przystanek Planszówka

Dobra, jak na razie same podobieństwa. Może teraz trochę o różnicach. Zatoka Pelikanów przenosi nas w okolice bliżej niesprecyzowane, ale za to ciepłe, pełne wody piasku i dżungli. Są to też trzy obszary, które tworzymy. By zgarnąć punkciory musimy zamknąć obszar (czyli musi być tak, że po naszym ruchu nie da rady już dołożyć więcej kafelków). Oczywiście, im większy teren tym więcej punktów. Po zebraniu punktów, tak proszę państwa, na arenę wkraczają pelikany! Pojawiają się na zamkniętym obszarze (zawsze tylko jeden)… i tyle. Oprócz tego, że zaznaczają który obszar jest zamknięty (co nie jest wcale trudno wywnioskować), nie robią absolutnie nic. A szkoda, bo byłoby ciekawie.

Twórcy Zatoki dali nam jeszcze kilka kafelków specjalnych, dzięki którym możemy na przykład uniemożliwić dołożenie kafelka w wybrane przez nas miejsce. I to tyle, dlatego jak wspominałem tę grę każdemu da się wytłumaczyć w kilka minut.

Zatoka Pelikanów / fot. Przystanek Planszówka
Zatoka Pelikanów / fot. Przystanek Planszówka

Czy archipelag przypomina Karaiby?

Oczywiście. Trefl przyzwyczaił mnie już, że jego gry są wykonane naprawdę solidnie. Duże pudło, w którym wszystko mieści się bez żadnych problemów (a chodzi mi o kafelki i karteczki). Nasze cegiełki, z których tworzymy planszę są wykonane z grubego kartonu i są pokryte specjalną powłoką, która chroni je przed delikatnymi uszkodzeniami. Trzyma się je fajnie w dłoni, do tego są na tyle szerokie, że podnoszenie ich ze stołu nie sprawia żadnego problemu.

Bardzo fajną rzeczą znalezioną w pudle był specjalny brulion do zapisywania punktów. Przyozdobiony pelikanami, z miejscami przeznaczonymi na zapisywanie punktów i co najważniejsze gruby, jest naprawdę miłym ukłonem w stronę graczy. Oby w takich grach było tego zdecydowanie więcej.

Zatoka Pelikanów / fot. Przystanek Planszówka
Zatoka Pelikanów / fot. Przystanek Planszówka

Czy warto udać się na wyprawę z pelikanami?

Tak i nie. Pewnie oczekujecie ode mnie, że poprę to argumentami. Najchętniej jednak bym tego nie robił, ponieważ nie jest to zła gra. I to argument na tak. Jest przyjemna, łatwa, przyciąga najmłodszych jak i tych starszych. Może jest trochę za łatwa, ale sprawia to, że staje się ona idealna na wieczory czy spotkania w gronie rodzinnym, gdzie nie każdy uwielbia grać w czterogodzinne molochy. Właśnie, bo warto wspomnieć że rozgrywka trwa jakieś 15 minut nawet przy czwórce graczy, co wiele znaczy gdy gramy z cztero- czy pięciolatkiem. W takim razie co przemawia za tym, by do gry nie przysiadać? To, że możemy kupić po prostu Carcassonne (edycje dla dorosłych czy dla dzieci). Dostajemy prawie to samo, ale poparte mnóstwem dodatków, ciekawych rozwiązań i bardziej wymagającą rozgrywką. Tyle w temacie.

Zatoka Pelikanów / fot. Przystanek Planszówka
Zatoka Pelikanów / fot. Przystanek Planszówka

Czy Pelikan powraca z tarczą, czy na tarczy?

Jeśli przyjmiecie mój punkt widzenia i spojrzycie na tę grę jako na produkt dla najmłodszych odbiorców i dla rodziców, którzy niekoniecznie lubią grać, Zatoka broni się na każdej linii. Prosta, szybka i ładna. Tego wymagamy od gier rodzinnych i to otrzymujemy. Jednak przy bardziej wymagającym odbiorcy niestety musimy kopać grób dla ptaków. Takie jest moje zdanie na temat tego produktu, jednak kim ja jestem, by wam doradzać? Najlepiej kupcie ją sami i przetestujcie!

Plusy

  • Łatwa;
  • szybka;
  • ładna;
  • idealna dla całej rodziny;
  • nawet najmłodsi w mig załapią o co chodzi.

Minusy

  • za prosta;
  • bardziej wymagający odbiorca srodze się zawiedzie.

 

Dziękujemy Wydawnictwu Trefl za przekazanie gry do recenzji.

Trefl logo

Tekst powstał dzięki współpracy Przystanku Planszówka ze studentami specjalności Gamedec – badanie i projektowanie gier.

gamedec

PRZEGLĄD RECENZJI
Ocena
7
UDOSTĘPNIJ
Poprzedni artykułMnisi się doigrali….I dalej igrali
Następny artykułW drogę ku bramom Loyang
Człowiek z milionem pomysłów kłębiącymi się pod lekką łysiejącą czupryną. Zawsze pozytywnie nastawiony stara się przekazywać innym dobrą energię. Studiuje to, co kocha najbardziej, czyli projektowanie gier. Poza tym nałogowo gra, czyta książki i uczy się gotować coś innego poza jajecznicą. Na pytanie, czy dałby radę nauczyć się chińskiego nie odpowiada, że to trudne, czasochłonne, tylko dowiaduje się, na kiedy termin.