Wspomnienia z przedszkola

Nigdy nie należałam do wielbicielek „Domino”, co nie znaczy, że gdzieś w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym nie spędzałam wielu godzin na układaniu misternych konstrukcji, wzorów, labiryntów oraz nie czerpałam niesamowitej satysfakcji z burzenia tego, co zbudowałam. Wszystko to, rzecz jasna, z użyciem najzwyczajniejszych czarno-białych klocków „z kropkami”, gdyż o innych, w latach osiemdziesiątych, można było jedynie pomarzyć. Żadnych „Dni Domina”, żadnego bicia rekordów, żadnych towarzyskich spotkań, ot zwyczajne dziecięce zabawy. Do klasycznej „gry w domino” podchodziłam od tego czasu rzadko i raczej z niechęcią – w końcu, co w tym może być ciekawego? Nie zmieniały tego pojawiające się wraz z kolejnymi generacjami przedszkolaków ani coraz lepiej wykonywane klocki ani pojawiające się odświeżone wersje edukacyjne – ze zwierzętami, roślinami, przedmiotami, literkami, liczbami, angielskimi słówkami, postaciami z aktualnie modnych kreskówek…Wiało nudą, a poza tym pojedyncze klocki zawsze miały tendencję do zawieruszania się, więc prędzej czy później okazywało się, że kolejne spotkanie z domino to jakaś „Mission Impossible” i nawet Tom Cruise jako Ethan Hunt nic nie może poradzić. W dodatku pasji budowania i natychmiastowego burzenia jakoś nikt nie chciał zrozumieć.

Tripple Domino / fot. Przystanek Planszówka
Tripple Domino / fot. Przystanek Planszówka

W ten oto sposób domino zostało dla mnie pogrzebane na lata, a do ostatniego z nim spotkania przymierzałam się dobrych kilka tygodni i dzielnie powstrzymywałam się od zerkania w stronę „półki wstydu”. Nadszedł jednak dzień, kiedy ulubione tytuły okazały się nużące (na szczęście chwilowo!), sprawdzone gry niespecjalnie odpowiadały nastrojowi, a chęci do poznawania kolejnych jakoś nie było. Z braku wyboru (albo – jak pewnie stwierdzą niektórzy – z jego nadmiaru), w oparach totalnej negacji padło na „Tripple Domino” od Schmidt Spiele.

Tripple Domino / fot. Przystanek Planszówka
Tripple Domino / fot. Przystanek Planszówka

W krainie trójkątów…i liczb

„Tripple Domino” to odświeżona wersja klasycznej wersji domino. Miejsce prostokątnych klocków zajęły trójkąty, zaś „oczka” zastąpione zostały przez różnorodne konfiguracje liczb. Zadaniem graczy jest za to niezmiennie dokładanie płytek do wykładanych przez pozostałych graczy (albo samego siebie w wariancie jednoosobowym) i jak najszybsze zdobycie 400 punktów lub wyłożenie wszystkich posiadanych klocków, zanim zrobi to ktoś inny. Nie zawsze jest to jednak proste, a zdobycie wymaganej liczby punktów, szczególnie na początku przygody z tą wersją gry, wręcz bardzo trudne. Podstawowym problemem, jaki pojawia się przed graczem, jest konieczność dopasowania odpowiedniej płytki, do tych już wyłożonych. Na starcie każdy z graczy otrzymuje określoną i uzależnioną od uczestników rozgrywki pulę płytek. Za każde dopasowanie gracz otrzymuje punkty równe sumie liczb znajdujących się na wyłożonym klocku. Wszystko układa się bardzo ładnie, gdy znajdujące się na nich liczby pasują do tych, które wykładają rywale. Bardzo często jednak okazuje się, że posiadane przez nas trójkąty, co prawda potrzebne liczby posiadają, ale niestety w złej konfiguracji. W takiej sytuacji pozostaje jedynie losowanie kolejnych płytek z puli, ale niestety wraz z ilością wyciąganych płytek, dość szybko tracimy punkty. Oddala się również w takim wypadku opcja szybkiej wygranej poprzez pozbycie się wszystkich płytek. Oczywiście w toku dalszej rozgrywki możemy ratować się układając dodatkowo punktowane konfiguracje – most, podwójne połączenie oraz sześciokąt (który od zawsze nazywam po prostu rozetką), ale nie jest to takie znowu proste i niezbędne jest po prostu szczęście w losowaniu klocków. Trójkątne domino jest bowiem grą nie tylko na spostrzegawczość, doskonałą pamięć czy umiejętne manipulowanie figurami w przestrzeni, ale w dużej mierze oparte jest właśnie na „szczęściu”. W końcu żadne specjalne umiejętności w wypatrywaniu szans wśród już wyłożonych płytek nie pomogą, skoro żadna z przez nas posiadanych pasowała nie będzie, prawda?

Tripple Domino / fot. Przystanek Planszówka
Tripple Domino / fot. Przystanek Planszówka

W odróżnieniu od zwykłego domino, które już za kilka złotych można kupić w pierwszym lepszym markecie i do którego wykonania można mieć wiele zastrzeżeń, „Tripple Domino” wydane jest w wersji bardzo eleganckiej. Możemy również wybrać wersję kolorystyczną – białą lub czarną. W pudełku znajdziemy dodatkowo podstawki pod płytki (między kolejnymi edycjami gry ich stabilność uległa znaczącej poprawie), notes do liczenia punktów, woreczek na płytki oraz oczywiście instrukcję. Co ważne, płytki są stosunkowo ciężkie, więc nie spadają z podstawki przy byle ruchu  i dobrze się je układa w różnorodnych konfiguracjach. W efekcie, jeżeli ktoś poszukuje prostego i eleganckiego prezentu dla niezbyt wymagającego gracza albo wielbiciela gier w stylu retro, „Tripple Domino” stanowi propozycję wręcz idealną.

„Tripple Domino” jest na pewno ciekawą propozycją dla wielbicieli domino, którzy od czasu do czasu potrzebują choćby niewielkiego powiewu świeżości. Powinno przypaść również do gustu osobom lubującym się w stosunkowo prostych grach logicznych (bo i specjalnych komplikacji tutaj nie ma). Nie ma co jednak udawać, że to propozycja uniwersalna i będzie odpowiadała każdemu. Niewątpliwie jednak jest grą, którą warto mieć na półce na wypadek rodzinnych, międzypokoleniowych spotkań czy na okoliczność krótkiej, niezobowiązującej partyjki. Trójkątne domino świetnie się sprawdza, gdy nie wiadomo do końca, w co chciałoby się zagrać, szuka się odmiany lub…chce się zebrać myśli. Gra prosta, krótka, logiczna i pozwalająca oczyścić umysł z niepotrzebnych myśli, po czym przystąpić do dalszego działania. Gdyby jakiś czas temu, ktoś mi powiedział, że będę się zachwycała najzwyczajniejszymi w świecie płytkami domino, to bym go zwyczajnie wyśmiała, a dzisiaj z czystym sumieniem polecam.

PRZEGLĄD RECENZJI
Ocena
7
UDOSTĘPNIJ
Poprzedni artykułMultiuniversum
Następny artykuł49. Noc Planszówek. W roli głównej „Klask”
Kulturoznawczyni. Feministka. Cyklistka. Wegetarianka. Uwielbia strzygi, wampiry, wodniki i inne demony. Aha, i koty. Koty też uwielbia. Sama stopniowo próbuje upodobnić się do zombie (jak twierdzą złośliwcy), a przynajmniej do bohatera „Illustrated Man” Bradbury’ego (też złośliwcy). Nadużywa ironii, sarkazmu i czarnego humoru, a w kolejce po talenty dyplomatyczne była zbyt uprzejma i zabrakło. Jak nie gra, to pewnie coś ogląda, czyta albo słucha muzyki. Z niewiadomych powodów zwykle jest to dość krwiste, a jeśli chodzi o ostatnie – głośne.