Zawsze chciałam wziąć udział w licytacji. Takiej z prawdziwego zdarzenia, z prawdziwymi pieniędzmi i z faktycznymi wartościowymi przedmiotami do wygrania. Jak łatwo się domyślić, póki co z tego nic nie wyszło – ani na dzieła sztuki ani na nieruchomości wystawiane za bezcen mnie (jeszcze) nie stać, a o licytacjach opuszczonych schowków i skrytek, nieopłacanych garaży pod wynajem itp. w amerykańskim stylu w polskich warunkach jakoś nie słychać. Skoro zatem o udziale w prawdziwej licytacji mogę na razie jedynie pomarzyć, to czas oczekiwania wypadałoby jakoś wypełnić i poszukać pudełkowego substytutu. Jako ratunek przyszło tym razem 2Pionki z polską edycją popularnej gry For Sale z 1997 roku.

Na sprzedaż / fot. Przystanek Planszówka
Na sprzedaż / fot. Przystanek Planszówka

Ponieważ kupujesz oczami…

Pierwsze, co można powiedzieć o „Na sprzedaż”, to że jest to jedna z najładniej wydanych gier w ostatnim czasie. Nie chodzi już nawet o samo opakowanie – z magnetycznym zatrzaskiem, dopasowane do zawartości (poza zwyczajowym w takim wypadkach problemem przechowywania żetonów monet), niewielkie i poręczne, ale przede wszystkim o ilustracje na kartach nieruchomości. Nie ma się zresztą co dziwić – w końcu to o ich zdobycie, a następnie korzystne wymienienie na czeki chodzi, muszą zatem być takie, żeby pojawiła się nagła żądza posiadania. Jak to mówią – kupujemy oczami, więc trzeba zrobić wszystko, by oczy chciały.

Na sprzedaż / fot. Przystanek Planszówka
Na sprzedaż / fot. Przystanek Planszówka

Nie ma co ukrywać – artyści spisali się w tym wypadku na medal! Ponumerowane od 1 do 30 karty nieruchomości (jednocześnie w ten sposób wyceniono poszczególne oferty) są zwyczajnie…śliczne. Wśród najtańszych ofert znajdziemy zatem mocno nadszarpnięty zębem czasu karton, domek na drzewie, budę dla psa, wychodek (z obowiązkowym wyciętym serduszkiem), stary domek letniskowy czy iście amerykański (i zniszczony) kamper. Z kolei w propozycjach dla bogatych (albo sprytnych licytatorów) pojawiają się liczne zamki, zameczki, mniejsze i większe rezydencje, a nawet stacja kosmiczna. Cóż, kto bogatemu zabroni, prawda? Pomiędzy nimi jest, rzecz jasna, szereg mniej lub bardziej zwyczajnych budynków. Gwarantuję, że przy pierwszych rozgrywkach na wpatrywanie się w grafiki należy zarezerwować dodatkowy czas, w przeciwnym wypadku możliwe są przestoje w rozgrywce.

Na sprzedaż / fot. Przystanek Planszówka
Na sprzedaż / fot. Przystanek Planszówka

Ponieważ wszystko ma swój cel

Oczywiście istotą rozgrywki nie jest kupowanie tylko tego, co się najbardziej podoba, ale umiejętne wcielenie w życie strategii prowadzącej nas do zwycięstwa. Każda partia składa się z dwóch części. W początkowej gracze licytują i nabywają nieruchomości. Jako waluta służą monety o nominale 1000$, a ich ilość startowa jest różna w zależności od liczby graczy biorących udział w rozgrywce. Jaką strategię najlepiej wybrać? Najuczciwiej byłoby powiedzieć, że nie mam pojęcia. Zdarzało mi się ostro licytować niezbyt atrakcyjne karty, zdarzało się zdobyć za bezcen bardzo dobre, a i regularnie pasować otrzymując karty mniej lub bardziej koszmarne.

Na sprzedaż / fot. Przystanek Planszówka
Na sprzedaż / fot. Przystanek Planszówka

Pierwsza faza rozgrywki trwa, dopóki wszystkie nieruchomości nie zostaną nabyte. W gruncie rzeczy sukces w tej fazie nie jest jeszcze aż tak istotny, gdyż pod względem drogi do zwycięstwa ważniejsza jest faza druga. W niej gracze starają się zdobyć czeki o jak najwyższym nominale. W odróżnieniu od poprzedzającej fazy, tutaj zagrywanie kart odbywa się w ciemno. Jeżeli w poprzedniej turze udało nam się zdobyć dużo „cennych” nieruchomości, będą one na pewno pomocne, by zdobyć najbardziej wartościowe czeki, jednak porządne blefowanie, cwaniackie zagrania, udawane pasowanie poprzez zagrywanie kart-koszmarków, mogą nawet najbogatszemu po pierwszej turze graczowi popsuć szyki. W tej fazie dużo istotniejsze również okazuje się stosowanie własnej strategii, odwoływanie się do socjotechnicznych sztuczek, a wreszcie – a może przede wszystkim? – trafne przewidywanie ruchów przeciwników. Dobra pamięć i kojarzenie, kto i co zdobył w poprzedniej turze, co już zagrał będą dodatkowym atutem. W efekcie, pomijając element licytacyjny, „Na sprzedaż” nieco przypominać może skrzyżowanie „Piotrusia” (bo ponumerowane karty) z „Memory” (wcale nie traktuję tego jako wady!).

Na sprzedaż / fot. Przystanek Planszówka
Na sprzedaż / fot. Przystanek Planszówka

Rozgrywka kończy się wraz z wyczerpaniem się puli czeków. W tym momencie pozostaje jedynie podliczenie zdobytych pieniędzy. Wygrywa ten gracz, który uzyska najwyższy – po podliczeniu kwot z wszystkich czeków i ewentualnych pozostałych z pierwszej tury monet – wynik.

 „Na sprzedaż”, podobnie jak podobne gry, najlepiej sprawdza się przy większej liczbie uczestników rozgrywki oraz przy ich dużej rotacji. Przy regularnym grywaniu w tym samym gronie (szczególnie w trzy osoby) stosowane strategie zwycięstwa dość szybko okazują się łatwe do przewidzenia. Poza tym – im więcej graczy, tym więcej emocji i związanej z nimi zabawy. Co za tym zatem idzie – tytuł ten może okazać się ciekawą alternatywą dla klasycznych imprezowych standardów.

Na sprzedaż / fot. Przystanek Planszówka
Na sprzedaż / fot. Przystanek Planszówka

Dla kogo granie w kupowanie?

„Na sprzedaż” na pewno nie jest w czołówce moich ulubionych gier. Zdecydowanie wolę nieco bardziej skomplikowane tytuły i klasyczne planszowe „dzianie się”, a gry licytacyjne (wbrew wyobrażeniom o udziale w prawdziwych licytacjach) nie do końca odpowiadają moim oczekiwaniom. Wielbiciele tego typu gier będą zdecydowanie z „Na sprzedaż” zadowoleni. Gra ma bowiem wszystko to, co porządna gra licytacyjna posiadać powinna, a przy tym odznacza się dużą uniwersalnością oraz prostą, przyjemną mechaniką. Nie ma w niej może wiele zaskoczenia, czasem pojawia się dużo śmiechu (zwykle nieco złośliwego, gdy ktoś mocno zaszarżuje w licytacji i zdobędzie jakiś nędzny czek), nieco kombinowania, blefowania i umiejętnego przewidywania posunięć innych graczy.

Tytuł sprawdzi się świetnie jako rozgrzewka do zagrania w coś bardziej skomplikowanego lub gdy oczekujemy na spóźnialskich towarzyszy rozgrywek, w podróży (niewielkie rozmiary i solidne pudełko sprzyjają transportowi) czy jako krótki przerywnik albo w oczekiwaniu na inne rozrywki w ciągu dnia. Na wypadek, gdyby ktoś czuł niedosyt albo grywał w „Na sprzedaż” na tyle często, że pojawi się potrzeba choćby delikatnego urozmaicenia, to tutaj można znaleźć alternatywne czeki. Zawsze choćby drobna odmiana.

Okiem UncleLiona – 7/10

Należę do tych graczy, którzy czasem lubią sięgnąć po stare gry, gdyż pomimo upływu czasu, część z nich ciągle zapewnia całą masę pozytywnych emocji. Tikal, Alhambra, Książęta Florencji… Na sprzedaż. Przyjemny familijny tytuł, przerywnik między cięższymi tytułami.  Jest to jedna z tych gier licytacyjnych (podobnie jak Modern Art), w którą partii z pewnością nie odmówię. A nowa oprawa graficzna działa jak dodatkowy magnes na graczy – niczym ten z pudełka.

PRZEGLĄD RECENZJI
Ocena
7
UDOSTĘPNIJ
Poprzedni artykułBang!
Następny artykułPlanszówki w Radiu Uniwersytet. Wracamy po przerwie!
Kulturoznawczyni. Feministka. Cyklistka. Wegetarianka. Uwielbia strzygi, wampiry, wodniki i inne demony. Aha, i koty. Koty też uwielbia. Sama stopniowo próbuje upodobnić się do zombie (jak twierdzą złośliwcy), a przynajmniej do bohatera „Illustrated Man” Bradbury’ego (też złośliwcy). Nadużywa ironii, sarkazmu i czarnego humoru, a w kolejce po talenty dyplomatyczne była zbyt uprzejma i zabrakło. Jak nie gra, to pewnie coś ogląda, czyta albo słucha muzyki. Z niewiadomych powodów zwykle jest to dość krwiste, a jeśli chodzi o ostatnie – głośne.