Ej, przekroczyłeś linię!  Ta część piaskownicy jest moja!

Potwory w Tokio kupowałem w ciemno i pod wpływem impulsu. Wpadam na chwilę do mojego ulubionego sklepu z grami i pytam się o nowości. Nagle moim oczom ukazuje się to niesamowite pudełko z super potworami na okładce i napisem rodem ze starych, niskobudżetowych filmów, gdzie potwory z dykty i rury PCV, niszczą jakieś japońskie miasto.  Gra wygląda fajnie, a do tego zawsze chciałem pograć w coś, gdzie możesz bezkarnie krzyczeć „ROAR ROAR!!! Jestem groźnym potworem” i nikt nie powie, „Ej, nie krzycz tak, bo psujesz klimat”.

W Potwory zagrałem już jakiś kwadrans po otwarciu, bo zasady są na tyle proste, że zmieściły się na dwóch stronach, a wyjaśnienie ich drugiej osobie zajmie dosłownie kilka minut. W trakcie pierwszych gier wszyscy starali się jak najdłużej siedzieć w Tokio, a opuszczaniu miasta towarzyszyło uczucie smutku, zniewagi oraz utraconej dumy. Jednak po paru grach, gdy  szał związany z niszczeniem Tokio ucichł, odkryliśmy, że Potwory w Tokio to bardziej Potwory poza Tokio. Żeby wygrać trzeba raczej trzymać się z dala od metropolii i atakować gracza w mieście. Byłem troszeczkę zawiedziony, bo rozgrywkę wyobrażałem sobie jako epicką walkę niezwyciężonych potworów, przy której zniszczona zostanie co najmniej połowa japońskiej stolicy. Okazało się jednak, że Potwory w Tokio to gra o małych potworkach, które walczą o to kto może bawić się w najlepszej piaskownicy na osiedlu.

Potwory w Tokio / fot. Przystanek Planszówka
Potwory w Tokio / fot. Przystanek Planszówka

Pora wejść do piaskownicy

Na początku każdy z graczy musi wybrać jakim potworem chce grać. Nasz wybór zależeć będzie tylko od tego, które monstrum się nam bardziej podoba. Nie różnią się one niczym, nie mają żadnych zdolności specjalnych ani bonusów. Podobno w dodatku się to zmienia, jednak ręki sobie uciąć nie dam. Do każdej poczwary, którą wybierzemy, mamy jej kartę i figurkę z tektury. Na karcie znajdują się serduszka, które symbolizują życie i gwiazdy odpowiadające za punkty zwycięstwa.

Zaczynamy z dziesięcioma  punktami życia i bez punktów zwycięstwa. Jeśli nasze zdrowie spadnie do zera, przegrywamy. Natomiast jeżeli nasze punkty zwycięstwa wzrosną do dwudziestu – wygrywamy. Jak już wybierzemy sobie potwora, musimy ustawić na stole planszę symbolizującą Tokio i utworzyć sklep, odkrywając trzy kraty przedmiotów, które w trakcie gry będziemy mogli zakupić. Po wykonaniu tych prostych czynności, możemy przejść do gry.

Potwory w Tokio / fot. Przystanek Planszówka
Potwory w Tokio / fot. Przystanek Planszówka

Nadszedł czas na przygotowanie naszych zabawek

Potwory w Tokio bardzo łatwa. Najpierw trzeba wybrać pierwszego gracza. Według instrukcji to ten, który wyda z siebie najbardziej przerażający ryk. W trakcie tury rzucamy kostkami i sprawdzamy jakie wyniki otrzymaliśmy na kościach, mamy 6 symboli: piorun, łapkę, serduszko i cyfry (1,2,3). Za chwilę wyjaśnię, co oznacza każdy z nich. Po rzucie możemy zdecydować czy chcemy zostawić te wyniki które mamy, czy może kilka kostek przerzucimy, a pozostałe pozostawimy nieruszone. Przerzuty mamy 2 więc tych, którzy lubią liczby i statystki  informuję, że na wyrzucenie każdego symbolu mamy 50% szans.

Skoro już wiemy jak rzucać, zajmijmy się tym co znajdziemy na kostkach. Zazwyczaj najbardziej pożądana jest łapka, bo to po prostu atak w naszego przeciwnika. Błyskawica daje nam energię, czyli pieniądze, za które możemy kupić przedmioty w sklepie. Serce pozwala nam się wyleczyć, zwiększając nasze życie o jeden. Ostatni symbol to cyfry. Jeśli uda nam się wyturlać trzy takie same, to dostajemy punkty zwycięstwa o wartości wyrzuconej na kostce. I jeśli chodzi o samą kolejkę gracza to to w sumie wszystko. Za chwilę wyjaśnię jeszcze kilka drobnych niuansów.

Potwory w Tokio / fot. Przystanek Planszówka
Potwory w Tokio / fot. Przystanek Planszówka

W piaskownicy pojawiają się nowe potwory

Wchodzenie i wychodzenie z Tokio to jedna z ważniejszych części gry.

Na początku w mieście nie ma nikogo. Potwór który jako pierwszy wyrzuci łapkę wchodzi do naszej piaskownicy. Za samo wejście do Tokio otrzymujemy punkt, a jeśli żadnemu z graczy nie udało się nas wypędzić ze stolicy Japonii, to nasz licznik punktów przesuniemy o dwa. Główna zasada jest taka, że gracz w mieście atakuje wszystkich poza Tokio, a cała reszta potworków swoją złość kieruje w tego, który aktualnie okupuje najlepszą piaskownicę na świecie. Utrzymanie się przez jedną kolejkę w mieście brzmi łatwo, a w praktyce jest bardzo trudne, a ponadto będąc w Tokio nasz potwór nie może się leczyć. W dowolnym momencie (kiedy otrzymujemy obrażenia) możemy powiedzieć, że opuszczamy miasto.

Potwory w Tokio / fot. Przystanek Planszówka
Potwory w Tokio / fot. Przystanek Planszówka

W takim przypadku nasz poniżony potwór musi zejść z planszy, a jego miejsce zajmie nowy władca piasku, czyli ten, kto nas atakował. Oczywiście za każdym razem jest to tylko i wyłącznie odwrót taktyczny, aby zregenerować siły i uderzyć z pełną mocą w naszego oponenta i odzyskać władzę w piaskownicy.

Potwory w Tokio / fot. Przystanek Planszówka
Potwory w Tokio / fot. Przystanek Planszówka

Im lepsze łopatki i wiaderka tym lepsza zabawa

Na początku gry utworzyliśmy sklep. Kończąc turę możemy wydać odpowiednią ilość energii żeby kupić jakiś przedmiot. Są tu takie rarytasy jak kolczasty ogon (zapewne służący jako grabki), szybka przekąska (najprawdopodobniej kanapki spakowane przez mamę), czy też dodatkowa głowa (to pewnie nasze rodzeństwo, które zawsze wspiera nas w walce o piaskownicę).

Potwory w Tokio / fot. Przystanek Planszówka
Potwory w Tokio / fot. Przystanek Planszówka

Niektóre z kart są mniej lub bardziej przydatne. Jeśli nie podoba nam się asortyment sklepu lub jesteśmy samolubni i nie chcemy by ktoś inny kupił jakąś lepszą zabawkę, możemy zapłacić dwie energie i wymienić wszystkie karty w sklepie  na nowe.

Potwory w Tokio / fot. Przystanek Planszówka
Potwory w Tokio / fot. Przystanek Planszówka

Niestety większość gier, w których nastawiałem się na kupowanie kart, skończyły się moją porażką. Więc sklep trzeba traktować bardziej na zasadzie: „A może przypadkiem uzbieram trochę energii i kupię jakąś lepszą kartę”, a nie zbierać pieniądze i brać wszystko na co nas stać.

Potwory w Tokio / fot. Przystanek Planszówka
Potwory w Tokio / fot. Przystanek Planszówka

Królem piaskownicy można zostać na wiele sposobów

W Potworach w Tokio możemy stosować różnorakie strategie. Jeśli chcemy, możemy siedzieć po cichu, zbierać punkty i liczyć na to, że inne potwory nie zauważą jak ukradkiem przejmiemy ich piaskownicę. Jeśli chcemy, możemy też po prostu atakować wszystko co się rusza i wyrzucić wszystkie potworki z naszego królestwa. Możemy też zbierać energię, leczyć się i kupować coraz to nowsze karty, czekając aż zrobi się trochę mniej tłoczno i w odpowiednim momencie wkroczyć z plecakiem pełnym zabawek. Jak widać strategii jest sporo, więc każdy znajdzie tu coś dla siebie.

Potwory w Tokio / fot. Przystanek Planszówka
Potwory w Tokio / fot. Przystanek Planszówka

Czy ta piaskownica rzeczywiście jest najlepsza na świecie?

Potwory w Tokio to gra szybka, łatwa i przyjemna. Niestety największą frajdę przynosi granie w 5-6 osób, a jak wiemy zebranie takiej liczby graczy graniczy z cudem. Oczywiście można zagrać w mniej licznym gronie, ale wtedy rozgrywka jest odrobinę monotonna. Jest to tytuł mega losowy, bo właściwie wszystko zależy od kostek. Boli też fakt, iż potwory nie różnią się niczym poza grafikami, a niektóre karty przedmiotów są zupełnie nieprzydatne. Mimo wszystko Potwory w Tokio sprawdzą się świetnie jako lekki przerywnik, czy też gra imprezowa. Dzięki temu że są proste, ładnie wydane i szybkie, mogą posłużyć do wprowadzenia kogoś w świat planszówek. Niestety, po paru grach Potwory w Tokio robią się po prostu nudne. Dlatego przyznaje im 6.5/10

 

PRZEGLĄD RECENZJI
Ocena
6,5
UDOSTĘPNIJ
Poprzedni artykułTerra Mystica trafi na urządzenia mobilne
Następny artykułWybuchowa Mieszanka przenosi się do cyfrowego świata
Przyszłość polskiej informatyki i już niedługo najbogatszy człowiek w kraju. Prawdopodobnie mister Polski 2020 oraz największy przystojniak w regionie. Od 2002 roku szaleńczo zakochany w Tequili czyli najpiękniejszym kocie świata. Od urodzenia nienawidzi tych małych wielościanów potocznie nazywanych kostkami. Jak nie gra w gry to czyta komiksy lub planuje jak zdobyć pierwszy milion.