Znajdujecie się w ciemnych, zatęchłych pomieszczeniach cytadeli. Wokół rozchodzi się uporczywy zapach grzybów i nieczystości i czegoś jeszcze… Przed Wami widnieje korytarz oświetlony po lewej i po prawej stronie pochodniami. Końca korytarza nie widać. Nagle z głębi kompleksu słyszycie dudniący głos: „Witajcie wędrowcy, Wasza podróż tu się kończy, wkroczyliście w moją domenę i zostaniecie za to ukarani – ha ha ha”.

Z głębi czeluści słyszycie głośny skrzek. W mgnieniu oka wybiega na Was grupa brudnych, wrzeszczących w swym gardłowym języku goblinów. Ich postawa nie jest zgoła przyjazna. Co robicie?

Descent / fot. Maciej Kucewicz
Descent / fot. Maciej Kucewicz

Mniej więcej tak powinien wyglądać wstęp do dobrej przygody podczas sesji RPG (Role Playing Games). Zapytacie co to, pewnie jakaś rosyjska rakietnica. No nie. Jak sama pełna nazwa mówi jest to gra w odgrywanie ról. Tak można to w skrócie nazwać. Kilkoro z nas gra słynnymi bohaterami wczuwając się jak najmocniej w swoje role, natomiast jedna osoba zostaje Mistrzem Gry, a więc tą osobą, która snuje opowieść o wielkich przygodach i szlachetnych uczynkach i próbuje jak najwięcej przeszkadzać naszym odkrywcom. Do sesji, czyli jednorazowego spotkania graczy należy zazwyczaj się przygotować, sporządzić mapy, wydać punkty doświadczenia i zebrane złoto, po to, aby wzmocnić naszych herosów. Musimy poczytać troszkę w podręczniku, jakich zdolności możemy się nauczyć, sprawdzić jakim orężem możemy wyrządzić krzywdę wszelkiej maści niszczycielom świata i porządku. Co w przypadku, gdy jesteśmy na to zbyt leniwi? No to pozostają nam dwie alternatywy: RPG komputerowa, albo zupełnie nowa i ciekawa odmiana – planszówkowa, czyli „dungeon crawlery” tzw. „przemierzacze lochów”.

O ile ten pierwszy typ wymaga komputera lub przynajmniej konsoli, to w przypadku tego drugiego wystarczy nam grupa przyjaciół, lub jeszcze lepiej grupa przyjaciół lubiąca gry planszowe… a jeszcze lepiej grupa przyjaciół lubiąca gry planszowe, a tym bardziej RPG.

Descent / fot. Maciej Kucewicz
Descent / fot. Maciej Kucewicz

Idealnym przykładem takiego archetypu gatunku jest osławiony Descent wydanie numer 2. Tak dobrze słyszycie, gra była na tyle dobra, że postanowiono zrobić jej wznowienie.

Zacznijmy może od unboxingu, czyli co w pudle siedzi. Rzekłbym dużo, nawet bardzo dużo. Pudło jest dość sporych gabarytów i dość słusznej wagi, a w środku znajdziemy: instrukcję w języku polskim, która w prosty sposób opisuje zasady, mamy odrębną książeczkę dla mistrza gry zawierającą podstawową serię przygód. Idąc dalej tym tropem w specjalnych przegrodach odnajdziemy karty ze specjalnymi zdolnościami bohaterów oraz kartami – przeszkadzajkami, które stosuje władca lochów. Oczywiście jest tu sporo żetonów, począwszy od tych związanych ze zmęczeniem, siłami witalnymi, a kończąc na tych, które reprezentują cele misji do zrealizowania przez graczy. Najwięcej miejsca zajmują kafelki, z których budujemy lochy wg schematów pokazanych w księdze przygód, lecz nie tylko, ale o tym później. Największą i najsmakowitszą wisienką na torcie są załączone figurki. Co tu dużo mówić, są po prostu ładne. Możemy rozróżnić trzy rodzaje: szare, które reprezentują graczy, kremowe oznaczające pomniejsze stwory oraz czerwone, które symbolizują tych silniejszych przeciwników, zazwyczaj pomniejszych bossów. Bardziej ambitni gracze swoje miniaturki malują, ale należy pamiętać, że taką figurkę trzeba zabezpieczyć odpowiednim lakierem, bo farba będzie z czasem schodzić. My w naszym wąskim gronie postanowiliśmy pozostać przy oryginalnej koncepcji miniatur. Ostatnim elementem w pudełku są kości sześciościenne ze specjalnymi oznaczeniami na ściankach.

No dobra, już mi się podoba, ja chcę w to grać. Rozgrywka odbywa się w sekwencjach. Grę zawsze rozpoczyna drużyna, a następnie swoje potwory aktywuje mistrz podziemi. Zadań do wykonania jest bez liku, sporo skarbów do zebrania no i oczywiście to, co w tej grze najatrakcyjniejsze: starcie z siłami ciemności. Potyczki odbywają się na zasadzie rzutów przeciwstawnych. Najpierw rzuca atakujący, obliczając w ten sposób ile obrażeń może zadać, a następnie innymi kośćmi turla broniący, uzyskując rezultat ilości ran, które udało mu się sparować. Oczywiście cały smaczek polega na tym, że nasze wyniki możemy buffować specjalnymi zdolnościami i przedmiotami. Czasami udaje nam się nawet stworzyć odpowiednie combo, które uśmierca potwora lub gracza. Każda przygoda opisana w księdze opatrzona jest wątkiem narratorskim, który dodaje smaczku pozwalającego nam wczuć się w klimat rozgrywki. Pomiędzy poszczególnymi spotkaniami drużyna podróżuje, co oznacza że jest narażona na różne spotkania i przeciwności losu. Te losujemy ze specjalnego zestawu kart. Mało. No. to jak Wam dodam, że przygody możecie tworzyć sami, składając kafelki wg własnego uznania, rozkochacie się w tytule bez granic. Nadal mało? To na dokładkę powiem, że na fanów czekają gotowe przygody w specjalnych dodatkach, a są to: Trzęsawiska Trolli, Labirynt zagłady, Cień Nerkhall, Zapomniane Dusze, Gniew Natury, Kruczy Dwór, Legowisko Jaszczura. Jeszcze portki Wam nie pospadały? To  dodam, że każdy dodatek zawiera nowe figurki potworów, postaci, nowe kafelki podziemi, które można łączyć z tymi z podstawki i całość jest w takiej samej – dobrej oprawie. To dopiero robi wrażenie. Uważacie, że nadal Was nie zachwyciłem? A co powiecie na moją opinię, że ta gra może korzystać z postaci i ich kart z zupełnie innej gry, a mianowicie Dungeon Questa? Robi nam się naprawdę pokaźny tytuł.

Descent / fot. Maciej Kucewicz
Descent / fot. Maciej Kucewicz

Wymieniłem same plusy, ale minusy też są. Jest ich kilka – owszem, ale nie są duże. Po pierwsze rozkładanie i składanie gry. Zajmuje to trochę czasu. Elementów jest sporo i potrzeba naprawdę sprawnego mistrza gry, żeby to w miarę szybko zrobił. Gracze nie powinni mieć dostępu do księgi przygód, dlatego najlepiej jak całość ustawia ta właśnie osoba. Drugi minus lub może plus jest to gra kooperacyjna. W sensie my, nasza dzielna czwórka (bo tylu graczy może stanąć po dobrej stronie), przeciwko jednemu przeciwnikowi. Minimalna liczba graczy to dwóch, ale wówczas gra nieco traci swój blask. Kolejny mankament to cena. Jest spora. Podstawka kosztuje w granicach 280 złotych. Ale, pamiętacie powyższy punkt, to „gra kooperacyjna”. Złóżcie się na nią i będzie taniej. Ja z kolegami tak zrobiłem. Inna sprawa, że cena rzeczywiście jest adekwatna, do tego co mamy w zawartości. Ostatni minusik. Gdy wszystkie elementy wyciągniemy z wyprasek i wkładamy je ponownie do naszego pudła, to trzeba się chwilkę nasilić, żeby całość dobrze rozlokować. Inaczej pudła nie domkniemy.

Descent / fot. Maciej Kucewicz
Descent / fot. Maciej Kucewicz

Stoicie przed ladą sklepową. Sprzedawca, typ chyba spod ciemnej gwiazdy spogląda na Was dość podejrzanie. W końcu wypala w Waszym kierunku „Złociuteńcy mam tutaj takie cacko, że innym oko zbieleje. Lubicie grać w RPG, mam specjalnie dla Was coś co Was zainteresuje. Descent się nazywa. Cena zawrotna, ale jakość przyzwoita”. Droga drużyno co robicie? „Kupujemy!” – gromkim chórem oznajmiają krasnolud, elf, palladyn i czarodziej.

Post Scriptum

Dla tych, których do Descenta zniechęca konieczność przejęcia przez jednego z graczy roli Mistrza Gry, Fantasy Flight Games oddało w tym roku darmową aplikację, która przejmuje ten obowiązek. Road to Legend można ją pobrać z Google Play lub AppStore. W aplikacji możecie zdefiniować swoją kolekcję, skorzystać z dostępnych scenariuszy i cieszyć się w pełni kooperacyjną rozgrywką.

PRZEGLĄD RECENZJI
Ocena
9
UDOSTĘPNIJ
Poprzedni artykułHolmes: Sherlock & Mycroft
Następny artykułTIK TAK BUM i TIK TAK BUM JUNIOR wracają w nowej odsłonie!
Lekkoduch o politologicznym zacięciu wymieszany z marketingiem i wstrząśnięty fotograficznie. Szkoły ukończył, studia ukończył, żona na stanie, kredyt na stanie, etat na stanie. Stabilny życiowo i emocjonalnie. Oto cały Ja