Biorąc do rąk to kolorowe pudełko możemy mieć pewną gonitwę myśli. Dr Knizia? O, to ten od pędzącej serii, ona była całkiem niezła. Może spróbujemy pobawić się również z zającami? Tylko… czy to nie będzie znowu to samo, ale z innymi zwierzakami w roli głównej?

Śmieszne zające z okładki przekonały mnie na tyle, że postanowiłam to sprawdzić.

Zające na łące / fot. Przystanek Planszówka
Zające na łące / fot. Przystanek Planszówka

Grę o ścigających się zwierzakach tym razem wydało wydawnictwo Trefl, więc jej wygląd, i to chyba nikogo nie zdziwi, bardzo odbiega od tego, jak pędzącą serię pokazał Egmont. Nie oznacza to jednak, że Zające na łące nie będą się graczom kojarzyć z poprzednikami. Tę mechanikę trudno zapomnieć.

Pudełko jest takiej wielkości, że powinno bez problemu powinno wejść na półkę, a w środku miejsca w sam raz – szanuję. 🙂 Wiatr nie hula, wypraska jest zabawna, woreczków strunowych wystarczyło na wszystkie komponenty. Sześć kafli z zającami cechuje dobra jakość, żetony punktacji (tekturowe marchewki w różnej formie) cieszą oko, plansza jest solidna, instrukcja jasno napisana, a cztery znaczniki zajęcy na pewno przetrwają wiele wyścigów o wymarzony korzeń. Moje zastrzeżenia budzi tylko ostatni komponent, a mianowicie 52 karty ruchu, które, choć w mojej opinii ilustrowane są bardzo dobrze, to jakością zdecydowanie nie grzeszą. W dziecięcych rękach nie wróżę im zbyt długiej kariery. W tych mniej delikatnych dorosłych – również.

Zające na łące / fot. Przystanek Planszówka
Zające na łące / fot. Przystanek Planszówka

Cel kicania

Zające wprawiamy w ruch właśnie tymi kartami, na których mamy kolor zająca (biały to dowolny z czterech) i plus, minus albo inny symbol, dobrze wytłumaczony w instrukcji. W ręce mamy trzy karty, po zużyciu jednej dobieramy następną. Zwierzaki kicają do marchewek ulokowanych na drugim końcu planszy. Punktują pierwsze trzy, które tam dotrą (punkty można zebrać też po drodze). Pierwszy zając zajmuje marchewkę z lewej strony, drugi środkową, trzeci – tę po prawej. Zdobyty korzeń zamieniamy na marchew w plasterkach.

Zające na łące / fot. Przystanek Planszówka
Zające na łące / fot. Przystanek Planszówka

My oczywiście chcemy doprowadzić do końca planszy te dwa zające, które mamy na wylosowanym na początku kafelku, bo to za nie otrzymamy punktującą marchewę. Po trzech rundach zlicza się wszystkie punkty, które zające przyniosły na warzywach. Wygrywa osoba, która ma ich najwięcej.

Doktor jak zwykle trochę miesza

Wykładamy kartę i po prostu przesuwamy zające do przodu albo do tyłu, chcąc swoje doprowadzić jako pierwsze na koniec planszy – co w tym wyjątkowego? Ano, w takim rozwiązaniu, najpewniej nic by graczy nie ekscytowało. Ciekawostką jest fakt, że zając, który pierwszy dotrze do marchewki na drugim końcu planszy, wcale nie musi zgarnąć korzenia najwięcej wartego. Smaczna „8” może kryć się na odwrocie tego warzywa, które zostało umieszczone po prawej stronie planszy, a najszybszy zając będzie musiał się obejść smakiem i zadowolić warzywem pełnym pestycydów wartym „1”. I bardzo dobrze, że tak jest – w przeciwnym wypadku gra nie miałaby tego błysku niewiadomej, a ten, podczas gdy w innych grach może bardzo irytować, tutaj jest zwyczajnie potrzebny, by urozmaicić rozgrywkę.

Zające na łące / fot. Przystanek Planszówka
Zające na łące / fot. Przystanek Planszówka

Na planszy są zawsze cztery zające

Gracze zawsze prowadzą swoją dwójkę z losowo dobranego kafla (inną w każdej rundzie). Nie trzeba się dzięki temu martwić, że w duecie rozgrywka nie będzie nam zbytnio smakowała. Nawet przy dwojgu graczy jest wystarczająco dynamiczna, by chcieć do niej wrócić. W poszerzonym składzie jest tej dynamiki jeszcze więcej, a na planszy dużo się dzieje. Wprawni gracze potrafią nadać wyścigowi niezłe tempo!

Zające na łące / fot. Przystanek Planszówka
Zające na łące / fot. Przystanek Planszówka

Czy na łące panuje sielanka?

Negatywna interakcja? Nie jest to coś, czego szukamy w grach rodzinnych. W Zającach na łące dokuczać graczowi można najwyżej w ciemno. Nie widzimy (a w każdym razie nie powinniśmy widzieć), jakie zające współgracz ma na swoim kafelku, ale wiele można wnioskować z jego ruchów, jeśli gra zbyt otwarcie. Wątpię jednak, by wytrawni gracze chcieli sobie mocno robić pod górkę w takim tytule i czuli dziką satysfakcję, cofając „czyjegoś” zająca… Tak samo jak nie będą tutaj szukać klimatu i narzekać na losowość. No, ale niezbadane są gusta graczy. Ja biorę Zające na łące na rozgrzewkę i bawię się ze współgraczami w kicanie po marchewki przed tym nim wyruszymy w jakąś dalszą podróż, podczas której będziemy sobie rzucać kłody pod nogi.

Zające na łące / fot. Przystanek Planszówka
Zające na łące / fot. Przystanek Planszówka

Zające wskoczą do buta

To wszystko kojarzy Wam się z Pędzącymi żółwiami? Nic dziwnego, nie sposób uniknąć porównań. Mnie się spodobała grafika gry od Trefla, żółwi na półce nie mam, więc było miejsce na zające. Nie wiem, czy o zakup pokusiliby się również ci, którzy mają już pędzącą serię. Może najwięksi fani tej mechaniki? Nasuwa się jednak pytanie, po co mieć którąś grę tego samego rodzaju. Bo grać to zawsze można.

Zające na łące / fot. Przystanek Planszówka
Zające na łące / fot. Przystanek Planszówka

Jeśli szukacie gry „w buta” na Mikołaja, a Wasze dzieci nie miały jeszcze okazji grać w tego typu grę, Zające na łące mogą być prezentem, z którego się ucieszą. W mig pojmą zasady, a może i pokuszą się o kombinowanie, na co gra wbrew pozorom pozwala. Zakup ten nie opróżni doszczętnie kieszeni,  rozgrywki zajmą nie więcej niż 20 minut, a grać można już z maluchami od sześciu lat (i co bardziej bystrymi młodszymi).

Zające na łące / fot. Przystanek Planszówka
Zające na łące / fot. Przystanek Planszówka

Nawet, jeśli zając działa przy okazji Wielkiej Nocy, a nie mikołajek, pamiętajcie o tym tytule przy okazji nadchodzących świąt.

PRZEGLĄD RECENZJI
Ocena:
6
UDOSTĘPNIJ
Poprzedni artykułFive Tribes już niedługo w polskiej wersji językowej
Następny artykułTurniej charytatywny – Use the Force!
Jeśli nie gra w planszówki, prawdopodobnie spędza czas na rowerze. Na równi z jeżdżeniem po mieście na ostrym kole uwielbia indoor cycling – od kilku lat spełnia się jako instruktor. Pozostały wolny czas poświęca na Radio Uniwersytet i prowadzenie bloga.