Zapewne wszyscy doskonale wiedzą, że w każdym dużym amerykańskim mieście są gangi, a co za tym idzie – walka o władzę, zabójstwa, bójki i poszerzanie wpływów to chleb powszedni i nikogo nie dziwi. Do tego szalone policyjne pościgi, korupcja i gdzieś tam w tle zakazany romans. W każdym razie wiedzą to wszyscy, którzy oglądają amerykańskie filmy i seriale. Gangi Nowego Jorku od FoxGames to propozycja przeniesienia tej tematyki do świata gier. O tym, co z tego wynikło, kilka słów poniżej.

Witamy w Nowym Jorku

Scenerią Gangów Nowego Jorku jest Nowy Jork w XIX wieku i znają ją wszyscy, którzy oglądali film Martina Scorsese z 2002 roku o tym samym tytule. Niewątpliwie popularność tego tytułu wpłynęła na wybór nieco bardziej uniwersalnych bohaterów – w oryginalnej wersji gry mieliśmy bowiem do czynienia z walką o władzę i wpływy, ale… szkockich klanów. Trudno się nie oprzeć wrażeniu, że co jak co, ale Szkoci, klany i jakieś arystokratyczne podchody niekoniecznie dałyby okazję do wypłynięcia na szersze planszówkowe (właściwie karciane) wody i gangsterzy są nieco bardziej… przyjaźni. Z drugiej strony patrząc – jeszcze jeden sezon popularności Peaky Blinders, a z powodzeniem będzie można zdecydować się na prawdziwie „europejską” edycję tego tytułu.

Gangi Nowego Jorku / fot. Przystanek Planszówka

Mamy zatem Nowy Jork i gangsterów, zatem łatwo się można domyślić, że kolejne, co nas czeka, to obserwowanie jak walczą o wpływy oraz przywództwo w The Five Points. Na kartach mamy przedstawicieli ośmiu nowojorskich gangów – Sycylijskich Rzeźników, Smoków Broadwayu, Dandysów Półświatka, Damulek z Przedmieścia, Kiziorów Five Points, Szczurołapów, Hebanowych Żniwiarzy oraz Łobuzów Świętego Patryka. Między nimi są (oczywiście tajne) sojusze, a ponadto czasem pojawia się potrzeba sięgnięcia po dodatkowe posiłki (czyli inaczej mówiąc wpływy).

Napisałam „obserwowanie jak walczą”? Cóż, drobna pomyłka albo przejęzyczenie – w walce o wpływy będziemy jako gracze brać niezwykle czynny udział. Zadanie jest proste – przynajmniej w teorii proste – wprowadzić na sam szczyt piramidy władzy jak najwięcej swoich gangsterów, a po drodze unieszkodliwić jak najwięcej pozostałych. Rzecz jasna wszystko odbywa się po kryjomu i nie wiadomo do końca, kto z kim trzyma.

Piramida, po której gracze przemieszczają karty, składa się z sześciu poziomów, które oznaczamy kartami miejsca. Gwarantuję, że już przy trzeciej rozgrywce z powodzeniem można będzie z nich zrezygnować, bo poza przypominaniem o zasadach, nie mają żadnego innego przeznaczenia, a tylko zajmują niepotrzebnie miejsce. Gracze po kolei przemieszczają gangsterów od poziomu najniższego do najwyższego, starając się przy tym swoich sojuszników doprowadzić jak najwyżej, nieco utrudnić zadania rywalom (nie zawsze jest to możliwe!) odpowiednio zagrywając karty wpływu. Na koniec, czyli gdy osiągnięty zostanie ostatni poziom piramidy, następuje zliczanie punktów.

Ach, gangsterem być!

Gangi Nowego Jorku najprościej można opisać jako pasjansa dla dorosłych, którego rozgrywa się w kilka osób. To było moje podstawowe skojarzenie w trakcie pierwszych rozgrywek. Wraz z kolejnymi wrażenie to się nieco zaciera, jednak gdzieś w tyle głowy się podstępnie czai i – zwłaszcza, gdy niespecjalnie się do pasjansów pała miłością – przeszkadza. Pozorom nie wolno jednak dać się zwieść – Gangi… mają zdecydowanie odmienną od popularnej gry karcianej mechanikę i też dużo więcej przyjemności z samej rozgrywki można czerpać.

Gangi Nowego Jorku / fot. Przystanek Planszówka

Pierwszym źródłem tejże są już same grafiki na kartach przedstawiających członków i szefów poszczególnych gangów. Są naprawdę rewelacyjne i jedyne czego można żałować to fakt, że wszystkie postacie w obrębie jednego gangu to ten sam gangster i że jednak nie wprowadzono tutaj większej różnorodności. Niby decyzję tę można zupełnie racjonalnie uzasadnić – mogłaby znacząco wpłynąć na utrudnienie rozeznania w wyłożonych kartach, a wrażliwe na walory estetyczne gry osoby pewnie na podziwianiu grafik spędzałyby stanowczo zbyt dużo czasu, co wpływałoby na tempo rozgrywki i mogło frustrować pozostałych graczy – jednak stanowczo nie mogę przeboleć tego niewykorzystanego potencjału.

Niewątpliwym atutem Gangów… jest ich dynamiczność. Rozgrywka odbywa się właściwie bez zbędnych przestojów, wiele w niej nagłych zwrotów akcji, które wymagają przeformułowania zastosowanej strategii. W efekcie – zanim się spostrzeżemy, przychodzi moment podliczania punktów zwycięstwa. W przypadku wariantu dla dwóch osób w tym momencie nie pojawiają się żadne większe zaskoczenia, gdyż dość szybko i stosunkowo prosto można odgadnąć „kto z kim trzyma”, w przypadku większej liczby graczy już w trakcie rozgrywki, przy dozowaniu kombinowania, blefowania i umiejętnych zagrań taktycznych, można współgraczy wodzić za nos i wprowadzić na koniec gry w stan niezłego zaskoczenia. Szczególnie, że przy poziomie losowości Gangów… czasami jedyne, co pozostaje, to udawanie kogoś, kim się nie jest. Nie raz zdarzyło mi się wygrać partyjkę przy absolutnym braku „swoich” w kartach wyłożonych i w kartach wpływu, a skuteczność wynikała jedynie z tego, że w odpowiednim momencie akurat „wyskoczyli” z talii dobierania i dzięki przemyślanym zagraniom szybko powędrowali na sam szczyt.

Jakkolwiek Gangi Nowego Jorku są niezwykle przyjemną i w gruncie rzeczy prostą grą, to pierwsze spotkanie z nią, gdy trzeba sięgnąć do instrukcji, może być nieco… zniechęcające, a nawet frustrujące. Niestety, jest to jedna z wielu pozycji, gdzie podstawowe pytanie, jakie gracz sobie zadaje, brzmi: „Kto to, u licha, pisał?!” i naprawdę łatwiej sięgnąć po tłumaczenie przez doświadczonego gracza czy choćby filmik na youtube niż odwołać się do klasycznego „Idź przeczytać instrukcję”. Najgorsze, że trudno uchwycić to, co jest tak naprawdę w niej nie tak – poziom łopatologiczności wywodu i jego szczegółowość czy sam język, jakim jest napisana. Bez względu jednak na podstawę utyskiwania, to jeden z przykładów instrukcji, gdzie czytając przyszły gracz zawiesza się co i rusz na elementach, które już zna i rozumie, a w chwilach odkrycia tego faktu, ma ochotę posłużyć się iście gangsterskim językiem. W końcu bowiem odkrywa, że lektura i analiza instrukcji trwa więcej niż przyszła rozgrywka, a za to moim zdaniem – i powtarzam to od lat – powinny być srogie i wybitnie wymyślne kary.

Gangi Nowego Jorku / fot. Przystanek Planszówka

A czy Ty chcesz dołączyć do gangu?

Gangi Nowego Jorku są świetnym przykładem lekkiej i szybkiej karcianki. Na pewno sprawią nieco radości wielbicielom tego typy gier, ale przede wszystkim mogą stanowić dobry tytuł wprowadzający do „karcianego świata”. Są na tyle proste, że nie odstraszą (a w każdym razie nie powinny) poziomem skomplikowania przy pierwszych rozgrywkach oraz dynamiczne, więc ani początkujących ani zaawansowanych graczy szybko nie znudzą.

Zdecydowanie polecam tę grę wszystkim tym, którzy w trakcie towarzyskich nasiadówek nie lubią nadmiernych przestojów („bo przerwa na jedzenie”, „bo jeszcze na kogoś czekamy”, „bo teraz coś łatwiejszego”), potrzebują pozycji „pomiędzy” oraz do wczucia się w planszówkową rzeczywistość, wymagają czegoś wprowadzającego. „Gangi…” to przykład właśnie takiego miłego fillerka i wypełniacza czasu, który dodatkowo zawsze łatwo ze sobą zabrać (w końcu po pozbyciu się pudełka to tylko karty!) i rozegrać partyjkę czy dwie po prostu przy okazji.

Dziękujemy Wydawnictwu

fox games logoza udostępnienie gry do recenzji

PRZEGLĄD RECENZJI
Ocena:
6,6
UDOSTĘPNIJ
Poprzedni artykułNowe szaty Dominiona – www.dominion.games
Następny artykułPola Arle. Bo chłop z głodu nie umrze…
Kulturoznawczyni. Feministka. Cyklistka. Wegetarianka. Uwielbia strzygi, wampiry, wodniki i inne demony. Aha, i koty. Koty też uwielbia. Sama stopniowo próbuje upodobnić się do zombie (jak twierdzą złośliwcy), a przynajmniej do bohatera „Illustrated Man” Bradbury’ego (też złośliwcy). Nadużywa ironii, sarkazmu i czarnego humoru, a w kolejce po talenty dyplomatyczne była zbyt uprzejma i zabrakło. Jak nie gra, to pewnie coś ogląda, czyta albo słucha muzyki. Z niewiadomych powodów zwykle jest to dość krwiste, a jeśli chodzi o ostatnie – głośne.