Sponsio to gra, której byłam naprawdę ciekawa. Józef Dorsonczky pozytywnie zaskoczył mnie swoim Hack Trickiem i bardzo liczyłam na to, że kolejny tytuł tego autora sprawdzi się u nas równie dobrze.

Kiedy grać, jeśli nie w świąteczny wieczór? To właśnie podczas tegorocznych świąt wielkanocnych i po nich intensywnie graliśmy w Sponsio, by móc Wam teraz opowiedzieć o wrażeniach. Późna pora prawdopodobnie przyczyniła się do tego, że odebrałam instrukcję jako niespecjalnie jasno napisaną. Możliwe jednak, że problem tkwił we mnie i w tym, że – uwaga, uwaga – nigdy nie grałam w tysiąca. Natomiast komu blisko do tradycyjnych gier karcianych, na pewno pojmie w mig, co tym razem proponuje nam Dorsonczky, specjalista od odświeżania mechanik, z którymi teoretycznie już niewiele da się zrobić.

Cała zabawa toczyć się będzie wokół zbierania lew. Spróbujmy sprawdzić, czy Sponsio ma szanse zdobyć Wasze serca.

Sponsio / fot. Przystanek Planszówka

Autor za sprawą Sponsio wprowadza nas w klimat Rzymu za czasów panowania Domicjana. Gracze mają za zadanie zorganizować igrzyska gladiatorów i obstawiać ich walki. I to by było na tyle –  ta gra na pewno wygrywa czymś innym niż klimat czy wykonanie.

Co tak właściwie będziemy robić w trakcie gry?

Mając osiem kart gladiatorów na ręce w trzech lub czterech kolorach (w zależności od liczby graczy) będziemy obstawiać zakłady. Musimy przewidzieć, jakie lewy uda nam się zebrać, np. ile ich będzie, ile kart danego koloru zbierzemy, czy przegramy czy wygramy ostatnią lewę. Im dokładniej obstawiony zakład, tym wyższa będzie nagroda pieniężna za jego zrealizowanie.

Sponsio / fot. Przystanek Planszówka

Każda rozgrywka dzieli się na trzy fazy. Podczas fazy  „Sponsio” mamy cztery tury na obstawienie zakładów, dobranie żetonów zdolności bądź wymianę kart. To swego rodzaju wyścig i nie raz doświadcza się zawodu, że przeciwnik właśnie zgarnął zakład, na którym nam zależało. To samo dotyczy żetonów zdolności i wymiany kart: najlepiej być o krok przed przeciwnikiem, co nie zawsze jest możliwe. I.. to właśnie jest interesujące! Ważnym elementem gry jest to, że przed każdym ruchem z wyjątkiem pasowania gracz musi odsłonić jedną ze swoich kart, zdradzając nieco tajemnic swojej ręki przeciwnikom.

W drugiej fazie „lew” gracz posiadający Żeton Walki albo ten siedzący na lewo od rozdającego rozpoczyna pierwszą lewę, wykładając kartę. Pozostali gracze zgodnie z ruchem wskazówek zegara zagrywają kolejne karty, zgodnie z kolorem wiodącym (czyli tym widocznym na pierwszej zagranej karcie). Kto położy najwyższą kartę we wiodącym kolorze, zgarnia całą lewę i teraz to on zagrywa kolejną kartę jako pierwszy, tym samym dyktując warunki. Faza kończy się kiedy zostanie zagrana ostatnia karta. Jeżeli nie mamy karty w wiodącym kolorze, musimy położyć w innym.

Czas na trzecią fazę – punktowanie. Należy rozliczyć wszystkie zakłady i pobrać pieniądze z banku za te wygrane. Na swoich małych planszach gracze mają tory sekwencji; w tej fazie można przesunąć znacznik na torze, pod warunkiem, że wszystkie obstawione przez gracza zakłady zostały wygrane. Pozycję z toru można po jakimś czasie spieniężyć, co oczywiście przybliża do wygranej. Kto w danej rundzie zebrał najwięcej pieniędzy, dostaje jeszcze bonus.

Gra kończy się, gdy któryś z graczy zbierze 30 monet albo dotrze do 9 pola na torze sekwencji.

Sponsio / fot. Przystanek Planszówka

Nieoczywista przewaga

Jeśli gracz ma większość kart w jednym kolorze i pierwszeństwo zagrywania, może zgarnąć naprawdę wiele lew (już nie raz mnie tak wykończono…). Ciekawe jest również to, że i ze słabymi kartami, umiejętnie obstawiając swoją „porażkę”, możemy na koniec nieco się wzbogacić. „Umieć przegrywać” – to wyrażenie nabiera tu nowego znaczenia. Będąc pewnym swego warto obstawiać sprecyzowane zakłady (np. zebranie konkretnie pięciu lew), bo te, jak już wspomniałam, są wyżej opłacane.

Co ciekawe, w Sponsio można być też trollem, czyli nie obstawić żadnego zakładu w danej turze, a później zdobyć pieniądze za to, że komuś nie udało się zrealizować planu. Możliwe jest również kupienie kuponu kontry, którym obstawia się przegranie przez wybranego przeciwnika choć jednego zakładu. To powinno przypaść do gustu szczególnie miłośnikom negatywnej interakcji. Psucie szyków przeciwnikom to jeden z przyjemniejszych aspektów tego tytułu.

Dorsonczky w formie

Dla mnie to gra bardzo dobra z kilku względów. Jest dynamiczna – do tego stopnia, że już podczas początku drugiej fazy możemy zorientować się, czy dobrze wszystko przemyśleliśmy. Tutaj nie ma czasu na ziewanie, trzeba czujnie obserwować ruchy przeciwnika i to, co zamierza w danej rundzie wygrać bądź… przegrać. Sponsio zmusza do myślenia, jednak jest to konieczność główkowania na takim poziomie, by nie przytłoczyć nawet początkującego gracza. Wreszcie: ta gra daje emocje, potrafi trzymać w napięciu, a ryzyko towarzyszy nam w zasadzie cały czas, dzięki czemu w niejednym graczu budzi się natura hazardzisty.

Sponsio / fot. Przystanek Planszówka

Szkoda, że do Sponsio można zasiąść tylko w trzy lub cztery osoby – jest więc przewidziana na mniejsze spotkania planszówkowe. Mam nadzieję, że mimo to pokusicie się, by odkryć potencjał zawartości tego niewielkiego pudełka, dającego krótką, satysfakcjonującą i emocjonującą rozgrywkę. Dla miłośników klasycznych gier karcianych to wręcz obowiązkowa pozycja. No i ja w końcu też zagram w tysiąca.

Dorsonczky mnie nie zawiódł. To naprawdę ciekawa gra!

Dziękujemy Wydawnictwu FULLCAP GAMES za przekazanie gry do recenzji

PRZEGLĄD RECENZJI
Ocena:
8
UDOSTĘPNIJ
Poprzedni artykułPyrkon 2017 – nasz kolejny przystanek
Następny artykułŚladami H.P. Lovecrafta – odcinek 4. Podniebny Koncert
Jeśli nie gra w planszówki, prawdopodobnie spędza czas na rowerze. Na równi z jeżdżeniem po mieście na ostrym kole uwielbia indoor cycling – od kilku lat spełnia się jako instruktor. Pozostały wolny czas poświęca na Radio Uniwersytet i prowadzenie bloga.