Przychodzi do mnie kolega i mówi: „Chodź, zagramy w chowanego”. Ja, jako fanatyk chowanego, od razu się zgodziłem i już odkopuje najlepsze kryjówki. On, zamiast odliczać do dziesięciu, wyciąga jakieś pudełko i kładzie na stole, który swoja drogą jeszcze przed chwilą walczył z szafą o miano najlepszego miejsca, by się ukryć. Na pudełku wzbudzające strach oczy Obcego oraz emanująca grozą planeta. Jako człowiek z zasady negatywnie nastawiony do nowości, myślę sobie „Acha! Kolejna zrzynka z Obcego”. No, ale planeta z okładki w moim ulubionym różowym kolorze, więc postanowiłem, że dam szansę twórcom i spróbuję nowej gry.

Tłumaczenie zasad wyglądało mniej więcej tak: „Ty grasz Rozbitkiem, ja gram Obcym. Masz tu kartę pomocy, przeczytaj, a ja rozłożę grę do końca”.

Obecność / fot. Przystanek Planszówka

Nie chwaląc się, w podstawówce czytałem najszybciej, więc kilka akapitów nie stanowi dla mnie problemu, dlatego po przeczytaniu (zanim kolega zdążył wyciągnąć wszystko z pudełka) miałem jeszcze czas na ponarzekanie, że żetony brzydkie, że zrzynka z Obcego, że czemu gram uciekającym (kiedy z natury jestem urodzonym łowcą).

Kolega, który trochę już zna moje negatywne nastawienie do nowości, zupełnie nie zwracał uwagi na zrzędzenie na Obecność i spokojnie rozkładał grę do końca. Kiedy skończył, zapytałem tylko: „Jak się w to wygrywa?”. Usłyszałem „Musisz dojść tym znacznikiem do końca. Co kolejkę go przesuwasz”. I okazało się, że to właściwie koniec zasad. Oczywiście dochodzą  jakieś drobne szczegóły, ale uznałem, że wyjaśnią się w trakcie gry.

Co oferuje nam nasza planeta

Na temat zawartości pudełka nie ma się za bardzo co rozpisywać. Oprócz tego, że na okładce mamy kolor różowy (co dla mnie zawsze jest sporym plusem), to cała reszta jest jak najbardziej… normalna. Normalne karty z normalnymi grafikami, plastikowe, okrągłe znaczniki z prostymi symbolami (może trochę za prostymi), służące do zaznaczania akcji obcego i kilka mniejszych drewnianych kostek do oznaczenia naszego stanu zdrowia. Jak dla mnie wszystko jest bez zarzutów, ale też bez żadnych rewelacji.

Obecność / fot. Przystanek Planszówka

Wakacje z obcym w tle

Konwencja, którą proponowała mi gra, czyli to, że jestem rozbitkiem szukającym schronienia przed wrogo nastawionym i szalenie niebezpiecznym organizmem, wydała mi się za bardzo sztampowa, więc zamiast tego postanowiłem być kosmicznym turystą. Groźna planeta Artemia stała się dla mnie… kurortem wypoczynkowym z grasującym na nim obcym.

Zasady okazały się być banalne. Co turę po prostu wybierałem jedną z kart, które miałem na ręce i było to miejsce, które na daną rundę miało być moją kryjówką.

Obecność / fot. Przystanek Planszówka

Następnie przychodził czas na fazę drugą, w której gracz wcielający się w obcego próbował zgadnąć, gdzie postanowiłem się schować. Jeśli mu się to udało – zostałem schwytany, traciłem jeden z trzech punktów życia, a znacznik obcego przesuwał się o jedno pole do przodu. Jeśli w danej rundzie udało mi się skutecznie ukryć, to po pierwsze byłem bezpieczny, a po drugie – aktywowałem akcję przypisaną danej lokacji. Niezależnie od tego, czy wczasowicze zostaną schwytani czy nie, żeton rozbitków przesuwa się do przodu, a co za tym idzie – ich szansa na wygraną rośnie.

Pora rozpocząć wczasy

Grę zacząłem zupełnie losowo i ot tak sobie rzuciłem kartę rzeki, bo po prostu stwierdziłem, że jest to idealne miejsce na rozpoczęcie wakacji. Okazało się, że była to świetna kryjówka, bo mój przeciwnik nie spodziewał się tak przypadkowego ruchu i w ten sposób udało mi się przeżyć pierwszą rundę. Od razu uznałem, że gra jest za trudna dla Obcego, bo jest aż pięć lokacji, do których mogę pójść, co daje marne 20% szans na schwytanie mnie. Okazało się jednak, że rozgrywka jest bardziej zbalansowana niż myślałem, bowiem po użyciu karty lokacji Rozbitek odrzuca ją do czasu, gdy aktywuje miejsce pozwalające na przywrócenie kart z powrotem na rękę lub gdy  dobrowolnie straci punkt życia, aby odzyskać dwie z odrzuconych kart.

Obecność / fot. Przystanek Planszówka

Na domiar złego okazało się, że mój przeciwnik co turę może użyć jednej z trzech kart pościgu, które ma na ręce, co bardzo ułatwia mu schwytanie ofiary. Jakby tego było mało, Obcy zawsze ma komplet kart na ręce, a ja mam tylko jedną i do tego – w przeciwieństwie do swojego przeciwnika – nie dobieram pełnej ręki co turę.

Obecność / fot. Przystanek Planszówka

I tak nasze wczasy się kończą

W Obecność grałem we dwóch, w trzech, a nawet czterech graczy i mam wrażenie, że w duecie Rozbitek miał odrobinę łatwiej. Ale mogła to też być zasługa tego, że to ja się ukrywałem, a jak już wspominałem, w chowanego nie mam sobie równych 😉 Jednak gdy grałem w większym gronie (zarówno jako Obcy, jak i Rozbitek) to nigdy nie czułem, że któraś ze stron ma łatwiej.

Jak dla mnie Obecność to całkiem niezły tytuł. Myślałem, że dostanę coś bardzo sztampowego, a gra sprawiła mi bardzo dużo przyjemności. Nie grałem w nią na tyle często, żeby określić, czy jest powtarzalna, ale jeśli jeszcze nadarzy mi się okazja, to chętnie do niej wrócę.

PRZEGLĄD RECENZJI
Ocena:
7.5
UDOSTĘPNIJ
Poprzedni artykułZagraj przedpremierowo w Dominion Nocturne
Następny artykułGościniec… poprzez czas i przestrzeń. A droga długa jest…
Przyszłość polskiej informatyki i już niedługo najbogatszy człowiek w kraju. Prawdopodobnie mister Polski 2020 oraz największy przystojniak w regionie. Od 2002 roku szaleńczo zakochany w Tequili czyli najpiękniejszym kocie świata. Od urodzenia nienawidzi tych małych wielościanów potocznie nazywanych kostkami. Jak nie gra w gry to czyta komiksy lub planuje jak zdobyć pierwszy milion.