Kontynuując cykl o pasjansach czas sięgnąć po coś, co pozwoli maksymalnie odpocząć waszym szarym komórkom. Jeżeli uda się wam go ułożyć, możecie uważać się za prawdziwych szczęściarzy!

Pasjans Zegar nie powinien nikomu przyspożyć trudności w naucę, a jego układanie nie zajmie więcej niż 5 minut. Wykorzystujemy w nim pojedyńczą talię kart. Na początku rozkładamy karty na trzynaście zakrytych stosów, które układamy w kształcie tarczy zegara. 12 z nich będzie symbolizowało kolejne godziny, natomiast trzynasty kładziemy na środku powstałej w ten sposób „tarczy”.

Pasjans Zegar – układ początkowy. Na zdjęciach wykorzystano karty CLASSIC 55 Fabryki Kart Trefl-Kraków

Układanie pasjansa rozpoczynamy od środkowego stosu. Odkrywamy wierzchnią kartę i kładziemy ją na spód stosu, którego wartość ona wskazuje. As to godzina 1, kolejne godziny to karty od 2-10, Walet to 11, Dama 12, a Króle trafiają na środek tarczy. Po dołożeniu karty na spód danego stosu, odsłaniamy w nim wierzchnią kartę i znów przenosimy ją pod odpowiedni stos. I tak do momentu w którym uformujecie wszystkie 13 stosów złożonych z czterech odsłoniętych kart lub wcześniej pojawi się czwarty król. W tym drugim przypadku automatycznie przegrywamy.

Prawda, że proste? Wręcz banalnie. Jest to przykład pasjansa bardzo mechanicznego, deterministycznego, w którym zwycięstwo w całości zależy od układu kart. Prawdopodobieństwo sukcesu jest tutaj naprawdę niewielkie. Ale jest to jeden z tych układów, który może wpisywać się w „wróżbiarski” nurt tej formy spędzania czasu… Choć sam nie wyobrażam sobie układania Zegara po to, by stwierdzić czy wygram partię Caylusa, czy inną planszówke.

Wiele osób potraktuje Zegar bardziej jako ciekawostkę,  zabawę pozwalającą na zabicie czasu. Nie ma się co oszukiwać, to czy nam się uda go ułożyć, czy nie, to w 100% kwestia szczęścia. Wszystko zależy od ułożenia Króli w talii. Ale jeżeli macie pod ręką talię kart spróbujcie, może akurat wam się spodoba. Sam zdecydowanie osobiście wolę inne układy pasjansa. Choćby opisywany już Monte Carlo i inne, o których na pewno jeszcze napiszę na łamach Przystanku Planszówka.