Seal of Excellence na okładce, rozejście się w mig na Targach Essen w 2017 roku i wiele obiecujących recenzji wytrawnych graczy – wydaje się, że Santa Maria nie może być pomyłką. Autorzy gry,  Eilif Svensson i Kristian Amundsen Østby, zachęcają graczy do rozwijania ich własnej kolonii, dając im wiele możliwości i swobody w ruchach. W tej grze nie będzie jednej drogi do zwycięstwa, co powinno zadowolić szczególnie największych fanów euro-sucharów.

Ale najpierw…

Dobrze napisana instrukcja wprowadza nas w tematykę gry, przybliżając motyw konkwistadorów w nowym świecie. Jeśli nie byliśmy wcześniej zorientowani w historii, kilka akapitów może być ciekawą lekcją. Bez obaw, przegapienie wstępu nie sprawi, że coś stracicie, bo jak to bywa w euro grach, klimatu tutaj niewiele.

Santa Maria / fot. Przystanek Planszówka

W pudełku gry Santa Maria znajdziemy znaczną liczbę elementów, co zapowiada dłuższy set-up niż przy nieco mniejszych tytułach. To również zapowiedź dłuższej rozgrywki. Sęk w tym, że to pudełko trzeba najpierw zakupić, mieć w rękach, otworzyć… I tutaj zaczyna się mały kłopot, bo nie jestem pewna, czy szata graficzna autorstwa Gjermunda Bohne jest w stanie zachęcić potencjalnych graczy.

Jest zwyczajnie, przeciętnie, a czy czytelnie – tego też nie mogłabym z czystym sumieniem powiedzieć, kiedy patrzę na planszę główną. Oczywiście przy kolejnych rozgrywkach wszystko staje się jasne, ale najpierw trzeba tę pierwszą rozgrywkę odbyć i chcieć do gry wrócić. Odniosłam wrażenie, że brakuje tu spójności – z jednej strony mamy przerysowane żetony punktów szczęścia (które będą decydować o zwycięstwie) i cukierkowe żetony mnichów, z drugiej dość poważne rewersy na żetonach biskupów. Kostki raczej nas nie zachwycą, ale do surowców nie można mieć większych zastrzeżeń.

Santa Maria / fot. Przystanek Planszówka

Nie powiedziałabym, że gra jest brzydka, niemniej wątpię, że ktoś będzie się zachwycał jej szatą graficzną, nawet, jeśli z okładki spogląda na nas okazały konkwistador.

Rozejdzie się po kościach

Umówmy się jednak, że nie oceniamy gry po wyglądzie i chcemy sprawdzić, co czai się w jej mechanice. I tutaj gra na szczęście Santa Maria zaczyna zyskiwać.

Cała rozgrywka będzie toczyć się przez trzy lata (rundy). Każdy z graczy ma swoją planszę, na której jego posiadłość będzie się rozrastała (kafelki kupujemy za odpowiednią liczbę surowców), a taki rozrost jest jak najbardziej pożądany, ponieważ dzięki niemu będziemy mogli aktywować więcej pól i pozyskiwać z tego profity. Kafelki dobieramy tylko z tych dostępnych w danym roku, a układamy je na swojej planszy wedle życzenia. Konkretne ułożenia kafelków terenu mają szansę dodatkowo zapunktować na koniec gry.

Santa Maria / fot. Przystanek Planszówka

Elementy swojej posiadłości aktywujemy za pomocą kości – białe są dostępne ze wspólnej puli, niebieskie nabywamy, przekraczając odpowiednie pola na torze religii. Każda z kości pozwala na skorzystanie z rzędu albo kolumny o odpowiedniej wartości na planszy gracza. Co ważne, blokujemy użytą kością ostatnie pole z rzędu lub kolumny, z której akcje wykorzystaliśmy – nie będzie już ono dla nas dostępne do końca roku.

Korzyści z akcji to między innymi pozyskiwanie surowców albo zamiana ich na żetony szczęścia, przesuwanie się na torach religii i konkwisty albo zakup statków i umieszczanie ich w dokach, co również będzie punktować na koniec. Warto pamiętać o poruszaniu się na wcześniej wspomnianych torach, choć do tej pory nie jestem przekonana, czy tor konkwisty jest opłacalny. Z kolei na torze religii na pewno na samym początku będzie sporo ruchu, bo to tam zdobywamy niebieskie kości.

Santa Maria / fot. Przystanek Planszówka

Gra zmusza do kombinowania, ale każdy dobry pomysł jest wynagrodzony. Mamy dążyć do tego, by wykonanie jednej akcji pozwoliło nam na wykonanie następnej, aż do momentu, gdy nic nie będzie możliwe. Warto również mieć kontrolę nad tym, co dzieje się na polu wycofywania się, bo zrobienie tego w odpowiedniej chwili może nam przynieść korzyści.

Nie połam nóg o wejścia próg

Granna Expert – ta informacja na pudełku może sugerować, że gra będzie przeznaczona co najmniej średniozaawansowanych graczy. Mając na półce Capital czy CV, które również zostały obdarzone tym znakiem, spodziewałam się, że Santa Maria będzie bułką z masłem, jeśli chodzi o pojęcie zasad. W rzeczywistości gra jest nieco trudniejsza niż wspomniane wyżej tytuły, co na pewno spodoba się graczom lubującym się w liczeniu, kombinowaniu. Nie polecałabym tej gry na prezent, na pierwszą nowoczesną planszówkę, gdyż mnogość akcji i możliwości może zwyczajnie zniechęcić początkujących.

Santa Maria / fot. Przystanek Planszówka

Akcja – interakcja

Zagarnięcie do siebie kostki lub kafelka ze wspólnej puli albo zajęcie biskupa, uczonego lub stacji misyjnej to w zasadzie jedyna akcja, którą możemy wykonać, by popsuć szyki przeciwnikowi. Podczas gry większość graczy będzie zamknięta w swoim świecie, próbując jak najlepiej wykorzystać swoje ruchy. Planowanie na dłuższą metę czasami nie ma sensu, bo nawet jeden ruch gracza przed nami może zmienić naszą decyzję odnośnie kolejnego działania. A jeśli szyki zostały popsute, to trzeba pomyśleć nad innym sensownym ruchem, co z kolei może powodować down time, szczególnie przy większej liczbie graczy.

Santa Maria / fot. Przystanek Planszówka

Warto czasem być pierwszym graczem i bez przeszkód wykonać ważny dla nas ruch. Natomiast komu w ogóle nie zależy na interakcji, może również zadowolić się wariantem solo.

Jest poprawnie, jest dobrze

Słychać głosy, że Santa Maria nie ma w sobie nic odkrywczego. I trudno się z tym nie zgodzić. Zaskakujące jednak jest, jak sprawnie połączono ze sobą elementy użytych mechanik i jak duże możliwości to daje. Jeżeli ktoś zapała sympatią do tej gry i kupi ją, zapewni sobie wiele ciekawych rozgrywek – Santa Maria to tytuł regrywalny, dający graczom dużą swobodę i szereg możliwości. Jak i dylematów!

Santa Maria / fot. Przystanek Planszówka

Kilka pierwszych rozgrywek to testowanie różnych dróg i strategii, co może nawet dostarczyć emocji, których zwykle gry tego typu są pozbawione, zupełnie jak klimatu. Kolejne partie to przemyślane rundy, przynoszące sporo satysfakcji. Choć efektu „wow” nie ma, z czystym sumieniem polecam fanom euro gier – zwłaszcza tym, dla których uroda gry nie stanowi problemu.