Każdy rynek w świecie fantasy to stragany. Każdy rynek w świecie fantasy to szafot i tablica ogłoszeń. Każdy rynek w świecie fantasy to kuglarze, trupy teatralne, feerie barw i dźwięków. Każdy rynek w świecie fantasy to przekupki i sprzedawcy. Ten koloryt to tło do pracy wszelkiej maści bandytów, rzezimieszków, rajfurów oraz …. złodziei.

Król złodziei / fot. Przystanek Planszówka

Ten zawód to chyba, obok kurtyzany, jeden z najstarszych fachów. Być złodziejem to jedno, ale zostać Królem Złodziei – to dopiero chwała! Profesja naszego łotrzyka to temat, który dość mocno mnie ciekawił. Począwszy od sesji RPG, gdzie zawsze grałem typem spod ciemnej gwiazdy, po gry komputerowe o tej tematyce, a na planszówkach kończąc. Ileż to nocy zawaliłem grając w serię Thief: The Dark Project. Skradanie się, próba dostania się do siedziby i podprowadzenia ważnego przedmiotu.

Bardzo szybko zacząłem rozglądać się za analogową grą o podobnej tematyce. O dziwo tytułów z tym związanych za wiele nie uświadczymy. Pierwszy dość spory i bogaty egzemplarz to Cadwalon – City of Thieves. Bardzo ciekawa gra, która znalazła również swoją adaptację mobilną na smartfony i tablety.

W skrócie: wcielamy się w rolę szajki składającej się z trzech przedstawicieli światka przestępczego. Każda postać ma swoje indywidualne cechy i zdolności. Zostajemy rzuceni w odmęty miasta Cadwalon, gdzie stajemy naprzeciw innym graczom (szajkom) oraz stróżom prawa. Nasze zadanie to wykonać wszystkie zlecenia i skraść jak najwięcej się da, a po tym wszystkim zbiec jedną z bram, zanim strażnicy zamkną wszystkie możliwe drogi ucieczki.

Król złodziei / fot. Przystanek Planszówka

Zbliżony (wręcz powiedziałbym, że łudząco podobny) jest tytuł Wiek Złodziei. Różnica jest taka, że tutaj każdy z nas dysponuje tylko jednym przedstawicielem złodziejskiego fachu. Zasady podobne, a więc złodziejski proceder na masową skalę i kradzież największego precjoza, czyli klejnotu cesarzy. Oczywiście na koniec nie pozostaje nam nic innego jak dać dyla z miasta, które poruszone naszą zuchwałością będzie próbowało powstrzymać nas i wymierzyć nam odpowiednią karę.

Wspomniane gry zaspokoiły w pewnym sensie moje łaknienie pozostania niedoścignionym przywłaszczaczem cudzej własności. Poszukiwania jednak nigdy nie ustały. I tak w moje posiadanie wszedł tytuł nie duży, czyli Król Złodziei. Pierwsze wrażenie po otwarciu pudełka: wooow. Ktoś połączył dwa rodzaje mechanizmów, karty i kości. No to będzie ciekawie.

Kości są dość interesujące, bo spersonalizowane. Każda ze ścianek przedstawia inny rodzaj dobra, które będziemy podbierać ze straganów. Co turę każdy gracz, który ma znacznik pierwszeństwa, będzie wykonywać rzut. Następnie każdy kolejny gracz zabiera dowolną pulę kości ze stołu lub grabi to, co inny gracz przygarnął. Z jednej strony pojawia nam się tu fajny motyw lekko zmodyfikowanego mechanizmu rondla, no i oczywiście negatywna interakcja, która może dorównać nawet tej, jakiej mogliśmy uświadczyć w Grze o Tron. W drugiej fazie rozgrywki każdy gracz za zrabowane dobra może wykupić karty. Te pojawią się w trzech stosach A, B i C. Cała rozgrywka kończy się kiedy stos kart oznaczony literą C wyczerpie się. Wówczas podliczamy złoto oraz punkty reputacji i wyłaniany jest tytułowy Król Złodziei. Ot takie łatwe, proste i przyjemne…. No nie!

Król złodziei / fot. Przystanek Planszówka

Dlaczego? Ponieważ rozgrywka jest nieprzewidywalna. Skąd ten pomysł?– spytacie. No, z faktu, że specjalne zdolności na kartach potrafią nieźle namieszać. Gra stawia przed nami trzy utrudnienia. Po pierwsze, jakie kości powinniśmy zabrać, żeby nikt inny nam ich nie podprowadził. Po drugie, jakie karty za nie kupić, żeby jak najwięcej punktów zdobyć. A po trzecie, jakiego z tych kart złożyć kombosa, żeby suma punktów na koniec gry znacząco wzrosła.

Co więcej, nie dość że musimy kontrolować swoje ruchy, to musimy bacznie obserwować co robią przeciwnicy. Mózg paruje. To rzeczywiście starcie, które na koniec wyłania mistrza złodziei, krętactwa i podchwytliwości.

Tytuł jest dość kompaktowy, więc można go śmiało zabrać ze sobą na pokład samolotu czy wakacje pod namiot. Atutem jest duża regrywalność i spore emocje, które udzielają się w trakcie rozgrywki. Nazwać tą grę szybkim fillerkiem to strzelenie sobie w kolano. Jest to wymagająca myślenia gra, która nie wybacza błędów. Gra się idealnie w każdej konfiguracji, niemniej przy pięciu graczach jest jeszcze więcej wypieków na twarzy…

No dobra, to gdzie te minusy. Jest jeden, aż jeden i tylko jeden. Symbolika na kartach. Ci którzy mnie znają wiedzą, że grą której nie cierpię, a którą sporo osób kocha, jest Race for the Galaxy. Tam również miałem problem z odczytem pewnych kart. W Królu Złodziei, o ile pierwszy zestaw kart oznaczony A jest w miarę czytelny, o tyle kolejne już nastręczały mi wiele wątpliwości i dość często zaglądałem do instrukcji, żeby rozszyfrować oznaczenie. Z czasem i z kolejnymi rozgrywkami jest lepiej. Jednak stykając się z tym tytułem po raz pierwszy można się zniechęcić. Tak jak zaznaczyłem, ten tytuł ma tylko ten jeden błąd.

Lubię tego typu potyczki na chytrość i przebiegłość, grę gdzie nie można mieć skrupułów, gdzie przyjaźń z innym graczem ostatecznie kończy się sztyletem w plecach. Brawo Baldar. Dobra robota. Ukradliście mnie tym tytułem. To Wy jesteście Królami Złodziei… ludzkich serc.