Postać Sherlocka Holmesa po raz kolejny przeżywa swój renesans. Nic zatem dziwnego, że na rynku coraz więcej pojawia się gier osnutych wokół motywów detektywistycznych, mniej lub bardziej bezpośrednio nawiązujących do mieszkańca Baker Street 221b. Jedną z nich jest Sherlook wydany w Polsce przez Trefl Joker Line. Tym razem dzielny detektyw – czy raczej jego dzielni pomocnicy – mają za zadanie uporządkowanie miejsca zbrodni…

Sherlook / fot. Przystanek Planszówka

Z lupą w garści

Nie ma co ukrywać – doszło do zbrodni, technicy wykonali swoje zadanie, pobrali próbki, prawidłowo oznaczyli wszystkie elementy i wykonali dokumentację. Całe szczęście, bo w międzyczasie młody rekrut nieco w swej nadgorliwości namieszał i jak tu prowadzić śledztwo, skoro wszystko poprzestawiane? W tym właśnie momencie pojawiają się gracze, przed którymi stawiane jest zadanie znalezienia różnic między „pierwotną sceną zbrodni” a wywołanym przez świeżaka bałaganem. „Nowi detektywi” starają się odgadnąć właściwą liczbę różnic między zdjęciami i zdobywają za to punkty. Wreszcie jeden z nich ma szansę równać się z samym Sherlockiem… a przynajmniej głęboko w to wierzyć.

Sherlook / fot. Przystanek Planszówka

Więcej znaczy lepiej?

Sherlook jest grą bardzo prostą. Obowiązujące zasady są wręcz intuicyjne i ich przyswojenie nie powinno nikomu sprawić trudności. W końcu z grami pamięciowymi czy rozwiązywaniem zagadek typu „znajdź różnice” każdy się kiedyś spotkał, a to na tych właśnie mechanizmach oparte są reguły omawianej gry. W skrócie – losujemy typ układu „zdjęć” z miejsca zbrodni (zielony znacznik), odnajdujemy znacznik z liczbą wskazującą na dostrzeżoną ilość różnic lub jak najbardziej zbliżoną (żółte, policyjne kartoniki), otrzymujemy punkty za trafienie (lub bycie naprawdę blisko trafienia). Wygrywa osoba z najwyższą sumą punktów po wszystkich dziesięciu rundach. Prościzna, prawda?

Sherlook / fot. Przystanek Planszówka

Przed pierwszymi partiami wydawało mi się, że kart jest stanowczo za mało, że wygląda to wszystko za łatwo, że uda się łatwo poszczególne układy zapamiętać i po początkowych entuzjastycznych rozgrywkach pudło szybko odejdzie w niepamięć, ponieważ gra przestanie przynosić oczekiwaną frajdę. Jak bardzo się myliłam! Wszystko, co powyżej napisałam należy zdementować: głośno i kategorycznie. Kart nie jest za mało (a do tego są śliczne), gra wcale nie jest prosta (kto by pomyślał, że aż tak z wprawy w szybkim dostrzeganiu różnic się wychodzi?!), a dzięki bardzo prostemu mechanizmowi jest w istocie regrywalna i można się nią cieszyć naprawdę długo.

Do tego diametralnie zmienia się styl grania w zależności od liczby graczy. Przy dwóch osobach rozgrywka jest raczej wyzwaniem intelektualnym, gdzie obie strony starają się odgadnąć prawidłową ilość różnic między fotografiami. Nie trzeba zatem dodawać, że w takim układzie gra trwa dłużej, nie jest zbyt dynamiczna i nie jest odczuwalny zbyt mocno element rywalizacji. Wraz z każdym kolejnym graczem poziom napięcia i tempo rozgrywki nabierają rozpędu, by przy sześciu osiągnąć wręcz efekt lekkiego chaosu.

Łatwo odgadnąć, że w pewnym momencie już nie tyle liczy się odgadnięcie prawidłowej ilości różnic, a raczej chwycenie jakiegokolwiek zbliżonego żółtego znacznika i – być może – zdobycie punktów. Nie jest to może wada gry samej w sobie, ale warto wziąć ten element pod uwagę, gdy gramy z osobami z problemami z koncentracją czy podejmowaniem szybkich decyzji. Sherlook ma bowiem potencjał by być naprawdę atrakcyjnym narzędziem wykorzystywanym w pracy z dziećmi, pomagającym rozwijać zdolność koncentracji, skupienia uwagi czy spostrzegawczość. Warto byłoby po niego sięgać, ale jednocześnie zminimalizować pojawienie się frustracji u co wrażliwszych graczy.

Sherlook / fot. Przystanek Planszówka

Gra wykonana jest z troską o szczegóły i może naprawdę zadowolić nawet wymagających estetów. Karty-zdjęcia sceny zbrodni są kolorowe, bardzo detaliczne i świetnie wpasowują się w koncepcję gry. Jedyne do czego można się w tym wypadku nieco przyczepić* to nie do końca intuicyjny sposób zaznaczenia różnic. O ile starsi gracze zwykle nie miewają problemów z pojęciem zasady, o tyle młodsi potrzebują chwilki na zrozumienie. Co warto z kolei podkreślić – to chyba jedyny moment, kiedy starsi gracze mają przewagę, gdyż – co tu dużo ukrywać – młodsi w trakcie samej rozgrywki radzą sobie dużo lepiej i czasem aż korci by poprosić ich o litość czy przypomnieć, że „leżącego się nie kopie”.

Podsumowanie

Sherlook jest świetną grą rodzinną. Nie ma tu wielkiego kombinowania, układania strategii, a rozgrywka przebiega szybko i sprawnie. Co prawda granie z najmłodszymi adeptami „detektywowania” może skutkować koniecznością – szczególnie po sromotnej przegranej – poruszenia bardzo niewdzięcznych w rozmowie z dziećmi tematów typu „Tylko nikomu o tym nie mów!” oraz „Bardzo proszę, oszczędź trochę rodziców (dziadków) tym razem!” czy podjęcia prób przekupstwa („To kto by chciał więcej lodów?!”), jednak mimo wszystko warto podjąć to wyzwanie. Dużo śmiechu („Serio?! Dziesięć?! Widzę tylko cztery różnice!”), szczypta kombinowania, sporo satysfakcji i przyjemnie spędzone popołudnie, a wszystko to za sprawą niepozornego zielonego pudełka.

* Można jeszcze napisać, że pudełko jest stanowczo za duże w stosunku do zawartości, ale to już byłby objaw klasycznego malkontenctwa i być może przybrania maniery godnej Sherlocka, a na to jeszcze jest stanowczo za wcześnie.