Powiedziałeś, że kiedy człowiek z coltem.45 spotyka człowieka ze strzelbą, jest martwy. Sprawdźmy czy to prawda

Każda przygoda ma swój początek

Cofnijmy się w czasie o jakieś cztery lata. Mamy listopad i jeden z tych długich jesiennych wieczorów. Zupełnie przypadkiem tata znajduje w telewizji mój pierwszy (i do dziś ulubiony) western „Za garść dolarów” Sergio Leone, z Clintem Eastwoodem w roli głównej. Mama mówiła, że film jest nudny jak flaki z olejem, a zanim Clint dojedzie gdzieś na koniu zdążysz zaparzyć herbatę, wywiesić pranie i zrobić zakupy. Ja jednak w kwestii filmów wolałem słuchać taty. Jakoś „Gwiezdne wojny” i „Batman” podobały mi się bardziej, niż „Rozważna i romantyczna”, albo „Duma i uprzedzenie”.

Stało się. Obejrzałem swój pierwszy western i od tego czasu otworzył się przede mną niesamowity świat dzikiego zachodu i Clinta Eastwooda, który swoją drogą do dzisiaj jest moim ulubionym aktorem.

Bang! / fot. Przystanek Planszówka
Bang! / fot. Przystanek Planszówka

Kilka dni później wybrałem się do mojego ukochanego sklepu z grami planszowymi. Od razu na wejściu zobaczyłem kłótnię podobną do tych, które odbywają się w każdym dobrym saloonie. Mogło to oznaczać tylko jedno: chłopaki grają w jakąś nową grę i los tak chciał, że był to właśnie Bang! Nie miałem za dużo czasu na grę, ale zdążyłem zagrać kilka partii i okazało się, że po kilku latach ciężkich poszukiwań odnalazłem to, czego szukałem przez całą moją planszówkową karierę. Grę, w której poczułem się jak Clint Eastwood.

Bang! / fot. Przystanek Planszówka
Bang! / fot. Przystanek Planszówka

Witamy na zachodzie!

Bang! dostajemy w całkiem ładnym małym pudełku co bardzo ułatwia jej transport. Niestety nie jest zbyt solidne i po kilku rozgrywkach zaczyna się rozdzierać. W środku mamy około stu kart, plansze postaci i żetony z dość mocnej tektury. Co do kart, to są one w rozmiarze podobnym do tych używanych w saloonach. Każda z nich ma symbol jednej z 52 kart klasycznej tali. Grafiki na kartach doskonale oddają klimat Dzikiego Zachodu i przypominają te z plakatów klasycznych spaghetti westernów. Te wszystkie drobne smaczki pozwalają nam jeszcze lepiej wczuć się w klimat.

Bang! / fot. Przystanek Planszówka
Bang! / fot. Przystanek Planszówka

Każde miasto potrzebuje szeryfa

Niektórzy przyrównują rozgrywkę w Bang! do gry w mafię i jest w tym trochę prawdy. Jak dla mnie to Bang! najlepiej porównać, do mafii na sterydach. Na początku każdy z nas w tajemnicy losuje kartę roli (i tu właśnie większość ludzi doszukuje się podobieństwa do mafii). Po wylosowaniu kart tożsamości należy wylosować karty postaci. Każda postać ma swoje punkty życia, które symbolizują też maksymalną liczbę kart na ręce. Każda postać ma też swoją unikalną zdolność. W grze mamy 4 tożsamości: szeryf, zastępca, bandyta i renegat. Jedyną jawną rolą jest szeryf, cała reszta jest ściśle tajna, aż do śmierci ich właściciela.

Każda tożsamość ma swój cel. Szeryf ma najłatwiej, bo chce zabić wszystkich bandytów i renegata. Zastępca lub zastępcy (w zależności ilu mamy graczy), chcą chronić szeryfa i wygrywają, kiedy ten osiągnie swój cel. Bandyci chcą po prostu zabić szeryfa. Renegat ma najtrudniejsze zadanie. Musi zostać z szeryfem sam na sam i zabić go. Gra kończy się w dwóch przypadkach. W momencie śmierci bandytów i renegata. Wtedy wygrywają szeryf i zastępcy. Rozgrywka może się też zakończyć śmiercią szeryfa – w tym przypadku jeśli na placu boju został tylko renegat to on wygrywa grę. W przeciwnym razie zwyciężyli bandyci.

Bang! / fot. Przystanek Planszówka
Bang! / fot. Przystanek Planszówka

Każdy rewolwerowiec rozpoczyna rozgrywkę z kilkoma kartami i najlepszym przyjacielem każdego cowboy’a coltem.45. W grze mamy dwa rodzaje kart. Brązowe, które symbolizują przeróżne akcje od prostego strzału poprzez unik, aż do Indian czy pojedynku w samo południe. Odrzucamy je, a ich efekt działa natychmiastowo. Mamy też karty niebieskie: to wszelkiego rodzaju przedmioty które kładziemy przed sobą i zostają z nami do końca gry, chyba, że ktoś postanowi nam je ukraść lub odrzucić. Na większości z nich nie mamy tekstu tylko symbole, na szczęście dostajemy też karty pomocy, na których owe symbole są wyjaśnione. Mimo wszystko w czasie pierwszej partii można mieć problemy ze zrozumieniem niektórych z nich.

Bang! / fot. Przystanek Planszówka
Bang! / fot. Przystanek Planszówka

W grze występuje też tajemnicze pojęcie „zasięg”. Moim zdaniem odległość w Bang! została całkiem ciekawie rozwiązana, bowiem zasięg liczymy tak, jak siedzimy. Do graczy po lewej i prawej mamy zasięg jeden, do tych siedzących obok nich zasięg dwa i tak dalej. W grze przyjdzie też nam czasem zagrać w „pokera” i to kolejny smaczek. Bo poker to nic innego jak odkrycie wierzchniej karty ze stosu głównego i sprawdzenie jej symbolu z klasycznej talii. W ten sposób sprawdzamy czy udało nam się ukryć za baryłką, uciekliśmy z więzienia, albo czy rzucany w nas dynamit wybuchł zanim zdążyliśmy go oddać właścicielowi.

I odjechał w kierunku zachodzącego słońca

Rozgrywka w Bang! jest szybka i emocjonująca. Jedynym mankamentem jest to, że potrzebujemy minimum czterech graczy, a najwięcej przyjemności przyniesie nam gra w siedem osób. Jest to chyba największy minus tej gry, bo jak wszyscy wiemy, trudno zebrać więcej niż trzech graczy w jednym miejscu, a co dopiero siedmiu. Czasem może też się zdarzyć, że gracz wyeliminowany na początku będzie musiał sporo poczekać na kolejną rozgrywkę. Niektórzy też uważają, że plansze postaci są zupełnie zbędne i tylko zwiększają cenę gry, ale według mnie plansze z pięknymi westernowymi grafikami to świetny i bardzo klimatyczny pomysł.

Bang! / fot. Przystanek Planszówka
Bang! / fot. Przystanek Planszówka

Dzięki swoim małym gabarytom, prostym zasadom i szybkiej rozgrywce Bang! doskonale sprawdzi się jako gra imprezowa. Jest świetnym przerywnikiem między ciężkimi tytułami, a dość duży wybór postaci i ciągła zmiana ról sprawiają, że każda rozgrywka jest inna. Klimat spaghetti westernu czuć już podczas otwierania pudełka, a wspaniałe grafiki jeszcze bardziej wpływają na naszą wyobraźnię i chociaż przez chwilę możemy poczuć się jak nasi ulubieni rewolwerowcy. Może w pierwszej rozgrywce będziemy czuć się, jak Claudia Cradinale w „Co się wydarzyło na dzikim zachodzie”, ale wystarczą dosłownie dwie gry i poczujemy się jak Clint Eastwood, czy John Wayne.

Bang! / fot. Przystanek Planszówka
Bang! / fot. Przystanek Planszówka

Gra pomimo kilku wad doskonale broni się mechaniką i klimatem dlatego według mnie zasługuje na mocne 8/10.

PRZEGLĄD RECENZJI
Ocena
8
UDOSTĘPNIJ
Poprzedni artykułDominion 2.0 – więcej niż nowa okładka
Następny artykułNa sprzedaż

Przyszłość polskiej informatyki i już niedługo najbogatszy człowiek w kraju. Prawdopodobnie mister Polski 2020 oraz największy przystojniak w regionie. Od 2002 roku szaleńczo zakochany w Tequili czyli najpiękniejszym kocie świata. Od urodzenia nienawidzi tych małych wielościanów potocznie nazywanych kostkami. Jak nie gra w gry to czyta komiksy lub planuje jak zdobyć pierwszy milion.