Czasami zazdroszczę Munchkinowi tych wszystkich szalonych przygód. Był na Karaibach, walczył w świecie Cthulhu i fruwał pośród gwiazd…  Jednak dla niego to wciąż mało! Ostatnio, wyposażony w Wodę Ognistą i Mleko Zapomnienia, postanowił spróbować swoich sił w świecie pary i zmechanizowanych maszyn. Czy dobrze mu w tej steampunkowej odsłonie, ilustrowanej przez Phila Foglio? Zaraz to sprawdzimy.

Munchkin Steampunk / fot. Przystanek Planszówka

Szukanie Guza

Do gry, jak to zwykle bywa w Munchkinie, zasiądziemy w składzie od trzech do sześciu graczy, choć na upartego można grać również w duecie. Do dyspozycji mamy 165 kart i kostkę, a zawarta w pudełku instrukcja jak zwykle potwierdza, że wszelkie spory mają być rozwiązywane krzykiem, a rację ma właściciel gry. Z ośmiu otrzymanych kart każdy gracz tworzy własną postać, wyposażając ją w broń, nakrycie głowy czy buty. Podczas rozgrywki gracze będą walczyć z potworami, które spotkają na swojej drodze – mogą na nie trafić, otwierając drzwi lub zagrywając z ręki (Szukając Guza). Walkę odbywa się samotnie lub z pomocą innego gracza, towarzysze mogą również przeszkadzać śmiałkowi, wspomagając potwora. Za zwycięską walkę otrzymuje się skarby i zdobywa poziom (bądź dwa, jeśli to wyjątkowo duża maszkara), a kto pierwszy osiągnie poziom dziesiąty, wygrywa grę.

Munchkin Steampunk / fot. Przystanek Planszówka

Steampunk w pełnej krasie

Duży plus za szatę graficzną – moim zdaniem to jedna z ładniej ilustrowanych odsłon tej gry, bardzo broni to klimatu tej części. Ciekawostką w Munchkinie ze świata maszyn i pary jest to, że jeden z elementów mechaniki poniekąd zmusza graczy do tego, by przypatrywali się rysunkom uważniej niż dotąd. Niektóre karty odnoszą się do Zmechanizowanego Przedmiotu albo Zmechanizowanego Potwora i na podstawie ilustracji trzeba ocenić, czy Przedmiot czy Potwór się do takich zaliczają. W instrukcji gracze zostali przeproszeni za tę niedogodność. Oj tam, oj tam… żaden problem. 😉

Munchkin Steampunk / fot. Przystanek Planszówka

Nazwy na kartach, które zwykle są najmocniejszą stroną karcianki, choć utrzymują poziom abstrakcyjnego humoru, jakoś tym razem nie wzbudziły we mnie aż takiego entuzjazmu. Nie powiedziałabym jednak, że to poważniejsza odsłona Munchkina. Pamiętajmy, że poczucie humoru to bardzo subiektywna sprawa, a do tego w grę mogą wchodzić takie aspekty jak po prostu częsty kontakt z tym światem, przez co może się wydawać już nie tak zabawny jak dotąd – co najwyraźniej ostatnio mnie dotknęło. Trzeba jednak oddać twórcom, że klątwa odzywania się z tytułem serialu na początku każdego zdania pod groźbą utraty kart może wzbudzić chichot towarzystwa.

Munchkin Steampunk / fot. Przystanek Planszówka

Impreza? Niekoniecznie

To, że Munchkin jest znany ze swojego humoru sprawia często, że kojarzony jest z tytułem imprezowym. Zmartwię teraz tych, którzy spodziewają się prościutkiej i szybkiej rozgrywki – czas zapisany na pudełku nie kłamie. W pełnym składzie (a nawet przy czterech graczach), gdzie każdy zażarcie walczy o zwycięstwo, zabawa z tym tytułem może się ciągnąć. Zwykle nie jest to kłopotliwe, natomiast spodziewając się rozstrzygnięcia rodem z Rosyjskiej Ruletki, można się srogo zawieść. Dlatego, oprócz broni jednoręcznej, warto wyposażyć się nawet w dwie godziny.

Munchkin Steampunk / fot. Przystanek Planszówka

Munchkin Steampunk to wciąż duża losowość, nie polecam więc osobom, które lubią planować długofalowo. Co zastaniemy po otwarciu drzwi, tego nie wie nikt, dlatego pozostaje nie zniechęcać się, gdy na samym początku gry oczom ukaże się Potwór o poziomie 15. Jeśli dopisze szczęście (!), gracz zdoła solidnie się uzbroić i zgarnąć parę skarbów, bo rozgrywka, jak już wspomniałam, do krótkich nie należy. Nie ma  też co liczyć na trwałe sojusze. Ten, kto jeszcze przed chwilą pomagał drugiemu w walce z Usmarowaną Małpą, za chwilę rzuci na niego klątwę Tresowanych Nietoperzy. Prawdopodobnie to za tę nieprzewidywalność i ogromną dawkę (nie tylko) negatywnej interakcji uwielbiają Munchkina najwierniejsi fani.

Munchkin Steampunk / fot. Przystanek Planszówka

Czy również początkujący gracze docenią te cechy sztandarowej pozycji Black Monk Games? Trudno powiedzieć, wiem jednak, że z racji prostej mechaniki i braku ukrytych kruczków, ta odsłona może być dobra na pierwsze spotkanie z tym kultowym bohaterem. Choć w moim prywatnym zestawieniu nie wysunęła się na prowadzenie, zachęcam do niej szczególnie fanów steampunk – to Wy ocenicie najlepiej, jak wiele tam klimatu!

Dziękujemy Wydawnictwu Black Monk za przekazanie gry do recenzji.

Black Monk logo

PRZEGLĄD RECENZJI
Ocena:
7
UDOSTĘPNIJ
Poprzedni artykułWstępniak. Radujmy się, póki jesteśmy młodzi…
Następny artykułCamel Up. Panie Arab, skończ pan już ten mecz…
Jeśli nie gra w planszówki, prawdopodobnie spędza czas na rowerze. Na równi z jeżdżeniem po mieście na ostrym kole uwielbia indoor cycling – od kilku lat spełnia się jako instruktor. Pozostały wolny czas poświęca na Radio Uniwersytet i prowadzenie bloga.