Zasadę mam taką: jeżeli przez cały rok nie sięgnę po jakąś planszówkę, to po prostu ją sprzedaję. Nie ważne ile godzin rozrywki dany tytuł mi dostarczył, ile kostek zostało rzuconych, ile łez zalało karty postaci i jak wiele okrzyków radości wzniesiono nad planszą, to jeśli od roku gra nie robi nic oprócz zbierania kurzu, to trzeba ją sprzedać i wymienić na coś nowego. I tej zasady trzymam się bezwzględnie i obowiązuje ona każdą planszówkę. Każdą, z wyjątkiem swoistej perły w mojej kolekcji, króla moich planszówek, a przede wszystkim grę od której zaczęła się moja wspaniała planszówkowa przygoda. Panie i Panowie przed wami Warhammer: Inwazja.

O karciankach słów kilka

Warhammer: Inwazja to gra karciana typu LCG, co oznacza, że w przeciwieństwie do tych bardziej popularnych (CCG), zamiast kupować losowe zestawy kart i z nich składać naszą talie, kupujemy gotowe pudełka w których zawsze znajdziemy to samo. Mogłoby się wydawać, że to tańsza alternatywa dla gier kolekcjonerskich, ale to często jedynie pozory. Zazwyczaj  kupując jakieś pudełko zależy nam tylko i wyłącznie na jednej jedynej znajdującej się tam karcie, a pozostałe 59, zamiast znaleźć się w naszej talii, na wieki pozostaje zamknięta w ciemnym pudełku. Tak już to twórcy wymyślają, że najcenniejszych kart w pudełku znajdziemy tylko jedną kopie, a zazwyczaj potrzebujemy aż trzy egzemplarze. My kupujemy kolejne dwa pudełka, a miesiąc później wychodzi kolejnych sześć zestawów, z których każdego potrzebujemy trzy kopie. Tak oto karciankowa kula śnieżna rośnie tak samo szybko, jak szybko znikają nasze pieniądze.

Warhammer: Inwazja / fot. Przystanek Planszówka

Jednak to jest najczarniejszy ze scenariuszy i tak się stanie, jeśli nastawimy się na granie turniejowe. Jednak jeśli chcemy tylko pograć w naszym domowym zaciszu, to przyjemność będzie taka sama, a koszty znacznie mniejsze. Tak właśnie zrobiłem ja. Grałem tylko i wyłącznie w domu, a dodatki kupowałem przy okazji, a to urodziny, a to jakieś święta i tak kart przybywało, a ja ciągle mam dwie nerki 😉.

Zapraszamy do świata czaszek

W zestawie startowym do naszych rąk trafiają cztery talie, po jednej dla każdej z najbardziej rozpoznawalnych frakcji mrocznego świata Warhammera. W pudełku znajdziemy: waleczne i sumienne krasnoludy, które bardziej od skarbów i błyskotek kochają jedynie piwo. Proste i zakochane w walce orki, czerpiące najwięcej radości z bitew i własnych obrażeń. Mroczne i potężne siły Chaosu, w których szeregach znajdziemy zarówno silnych wojów, jak i potężnych magów oraz ich największego wroga, czyli Imperium, bazujące głównie na strategii i niekonwencjonalnych rozwiązaniach.

Warhammer: Inwazja / fot. Przystanek Planszówka

Każda frakcja ma swoje własne karty i swój własny styl gry. Na przykład krasnoludy specjalizują się w obronie i wzmacnianiu swojej stolicy, a orki reprezentują zupełnie odmienny styl gry, oparty głównie na ataku i czerpaniu korzyści z własnych obrażeń. Oprócz kart w pudełku znajdziemy też plansze stolic, wokół których kręcić się będzie cała gra, żetony złota i czaszki, które służą do zaznaczania obrażeń. Ale to nie jedyne czaszki jakie znajdziemy w pudełku, bowiem tak się już przyjęło, że wszystko co związane ze światem Warhammera, obfituje w czaszki wszelkiego rodzaju, dlatego na niejednej karcie znajdziemy małe trupie główki, czy to jako element stroju, czy też dekoracja broni albo obraz na ścianie. I tu przechodzimy do głównej zalety Inwazji. Grafiki na kartach są po prostu bajeczne. Przy kartach pracowało wielu grafików i mimo, że niektóre różnią się od pozostałych stylem, to każda wpasowuje się w mroczny klimat Starego Świata. Grafiki są też całkiem szczegółowe, więc nawet jeśli tura naszego przeciwnika się przedłuża, to zamiast się nudzić, możemy pooglądać te małe dzieła sztuki. A jeśli to nam nie wystarcza, możemy policzyć czaszki.

Warhammer: Inwazja / fot. Przystanek Planszówka

Królestwo, misja, pole bitwy

Jak wspominałem, w Warhammer: Inwazja wszystko kręci się wokół stolicy. Plansza stolicy, podzielona jest na trzy strefy i każda odpowiada za coś innego. Królestwo zapewnia nam pieniądze, misja karty, a z pola bitwy będziemy wysyłać nasze oddziały, ku chwalebnej śmierci. Każda jednostka ma wydrukowany koszt, siłę oraz wytrzymałość. Najważniejsza jest jak zawsze siła, symbolizowana przez młoty na czerwonym tle. To od niej zależy ile zasobów dobieramy na początku rundy i ile kart dociągamy na rękę. Kart i żetonów bierzemy dokładnie tyle, ile wynosi łączna siła naszych kart odpowiednio w strefie misji i królestwa. Od siły oczywiście zależy również jakie szkody wyrządzimy naszym przeciwnikom podczas bitwy. Oprócz jednostek, na naszej ręce możemy znaleźć karty wsparcia, reprezentujące przeróżne budowle. Zazwyczaj dodają one siłę do strefy do której zostały zagrane, a także posiadają jakieś efekty, które wykorzystać możemy na wiele sposobów. Kolejnym rodzajem kart są taktyki, czyli przeróżne zaklęcia i manewry, które dają nam odpowiednie efekty. Taktyki to jedyne karty, które zagrywamy bezpośrednio z ręki, a ich efekt rozpatrujemy natychmiastowo.

Warhammer: Inwazja / fot. Przystanek Planszówka

Na koniec wszystko spłonie

Aby wygrać Inwazję musimy spalić dwie strefy naszego przeciwnika. Uda się to nam kiedy w danej strefie znajdzie się osiem lub mniej znaczników obrażeń. Po tym jak w danej rundzie zakupimy wszystkie potrzebne karty, przechodzimy do fazy pola bitwy, w trakcie której wysyłamy nasze jednostki do walki. Na początku wybieramy które jednostki dokonają ataku, a później deklarujemy na którą strefę wroga przypuścimy szturm. Obrońca wybiera jednostki broniące strefy i przechodzimy do walki. Zasada jest prosta. Siła każdej jednostki to liczba żetonów obrażeń jakie możemy rozdysponować podczas bitwy. Każda jednostka posiada swoją wytrzymałość i aby odesłać ją na wieczny spoczynek, należy przydzielić jej tyle obrażeń, ile owa wartość wynosi. Zarówno atakujący jak i obrońca rozkładają znaczniki obrażeń na jednostkach przeciwnika, a jeśli atakujący przydzieli ich tyle, że wszyscy obrońcy odejdą w niepamięć, może pozostałe obrażenia przydzielić atakowanej strefie wroga.

Ogrom dodatków – ogrom możliwości

Mechanika Warhammera: Inwazji jest dość prosta, ale każda gra może być inna, głównie ze względu na to, że sami budujemy swoje talie. Oczywiście sam zestaw startowy nie daje zbyt wiele możliwości na rozbudowę jednej z czterech frakcji, ale wraz z ilością kupionych dodatków, nasze możliwości rosną, a gra staje się jeszcze bardziej emocjonująca. Ze względu na to, że różne frakcje charakteryzują się swoim własnym stylem gry, każdy znajdzie tu coś dla siebie. Fani gry defensywnej z pewnością wybiorą twarde jak skała krasnoludy, fani tępej siły wybiorą orki, a wszyscy którzy lubią namieszać na polu bitwy, z pewnością sięgną po chaos.

Warhammer: Inwazja / fot. Przystanek Planszówka

Do Inwazji dostępny jest jeszcze jeden dodatek, który wprowadza dwie nowe frakcje – Wysokie Elfy oraz ich największych wrogów – Mroczne Elfy, które jeszcze bardziej mieszają i wprowadzają do gry zupełnie nowe możliwości.

Nie jest kolorowo

Warhammer: Inwazja to jedna z moich ulubionych gier. Nie tylko ze względu na ciekawą mechanikę, ale również (a może głównie) ze względu na sentyment jakim darzę ten tytuł. W końcu pierwsza poważna gra to nie byle co!

Niestety parę dobrych lat temu Inwazja odeszła w niepamięć. Producent przestał wypuszczać nowe dodatki, a nawet nie drukował tych starych. Podstawkę bardzo łatwo kupić – nawet nową, ale jeśli chodzi o dodatki, to już inna sprawa. Wiele z nich osiąga bajońskie sumy – jak na przykład wspomniany już Szturm na Ulthuan, wprowadzający do gry długouche elfy. Dlatego trudno mi powiedzieć czy warto inwestować w Inwazję czy może lepiej liczyć na cud i dodruk tej wspaniałej gry. Jednak jeśli ktoś akurat przypadkiem znajdzie tę grę w całkiem rozsądnej cenie, to polecam z całego serca. Świetnie skaluje się na dwóch i czterech graczy (gra drużynowa) i dostarcza masę rozrywki i masę możliwości.

Warhammer: Inwazja / fot. Przystanek Planszówka

Jak to w karciarkach bywa, w grze nie obędzie się bez braku balansu. Często w dodatkach pojawiała się jakaś potężna karta, która sprawiała, że gra turniejowa opierała się głównie na graniu tej jednej jedynej tali, złożonej pod tę kartę. Ja grałem głównie w domowym zaciszu, zatem sam wprowadzałem erraty niektórych zbyt silnych kart, dzięki czemu zachowałem jako taki balans.

Trudno mi ocenić tę grę, głównie ze względu na  to, że przemawia przeze mnie sentyment. Gra sama w sobie nie jest już dostępna, ale w czasach swojej świetności zrzeszała grono wiernych fanów, a w każdym większym mieście co najmniej raz w miesiącu odbywał się mniejszy lub większy turniej. Fakt, ze gra (a chociażby część dodatków), nie jest już dostępna, sprawia, że ten tekst nie do końca jest recenzją gry, a raczej sowitą sentymentalną podróżą do początków mojej planszówkowej kariery. Swego czasu rozgrywałem z tatą co najmniej jedną partię dziennie (chyba już wspominałem, że w gimnazjum miałem bardzo dużo wolnego czasu), więc nie będzie kłamstwem jeśli powiem, że rozegrałem co najmniej 365 partii.

Warhammer: Inwazja / fot. Przystanek Planszówka

Nie pozostaje mi nic innego jak przydzielić tej grze najwyższą notę, bo Warhammer: Inwazja przywołuje tyle dobrych wspomnień, że nie mógłbym ocenić jej niżej.